poniedziałek, 30 stycznia 2012

Indie. Masala chai. Opowieść rzeka.


Ulica widziana z Pałacu Wiatrów, Dżajpur.
Adivasi, Radżastan.

Indie wracają do mnie od czasu do czasu, a to smakiem, kolorem, zdjęciem. Już na zawsze wpisały się w nasz życiorys, będąc dla nas krajem, w którym wszystko się zaczęło. Ale to było później. Mój pierwszy pobyt w Indiach wspominam jako doświadczenie dosyć traumatyczne. Szok kulturowy był dosyć ciężki, tłumy ludzi mnie przerażały, a ciągłe bycie w centrum uwagi męczyło. I całe to doświadczanie było od początku do końca bardzo intensywne, męczące. Ciągłe przemieszczanie się, bez odrobiny prywatności, bez przerwy w otoczeniu współtowarzyszy i tubylców. Nie było łatwo. A podróżowanie z miejsca na miejsce wcale nie służy poznawaniu tego kraju, a na pewno nie ułatwia jego zrozumienia. Poznaje się wielu ludzi, bo przecież wszyscy chcieliby Cię poznać, i nawet na chwilę wydaje się, że się naprawdę z kimś zaprzyjaźniło. Tylko po jakimś czasie nie pamięta się już ich imienia. Przynajmniej ja nie pamiętałam.    Zostało kilka twarzy bez imion, ludzi, których mimo tego nie zapomnę. Przyznam jednak, że najmilej wspominałam pobyt w McLoad Ganj w Daramshali, w której było cicho i spokojnie, bo to miejsce zamieszkane przez Tybetańczyków. Z dala od hinduskiej wrzawy. I szczerze powiedziawszy, po tamtych dwu miesiącach nigdy nie przypuszczałam, że jeszcze kiedyś odwiedzę ten kraj. Nie żebym jakoś specjalnie znielubiła Indie, po prostu uznałam, że to nie moje klimaty. Tak się jednak złożyło, że miałam okazję dać Indiom jeszcze jedną szansę. A ten kraj zdecydowanie na nią zasługuje, do Indii trzeba się przekonać, spróbować jej zrozumieć. I kiedy jest się w jednym miejscu, pracuje się z tymi ludźmi i poznaje zasady, według których się to wszystko kręci - jakoś łatwiej jest zrozumieć tę kulturę, zaakceptować ją i nawet polubić.

Nad brzegiem Gangesu, Varanasi,

O szacunku nie wspominam, bo według mnie szacunek należy się od samego początku, jeszcze zanim zacznie się zrozumienie czy akceptacja. Bo może nam się tam wiele rzeczy nie podobać, możemy być zdziwieni i zszokowani, ale to wcale nie znaczy, że 'nasze' jest lepsze, że mamy jakieś prawo do wyższości. Należy pamiętać, że jesteśmy tylko gośćmi, jesteśmy tu na chwilę i nie próbujmy nic zmieniać. Nie wyśmiewajmy. Oczywiście zawsze można podyskutować, ale w tym też trzeba mieć wyczucie. Większość Hindusów, których poznałam bardzo ceni tradycyjne wartości, także i tak nikogo do niczego nie przekonamy, a zawsze lepiej zostawać w przyjacielskich stosunkach.
Pamiętam, jak bardzo zezłościło mnie, kiedy znajomy, będąc miesiąc w Indiach, na pytanie jak mu tam jest, odpowiedział litanią przekleństw spuentowaną stwierdzeniem, że jest dumny z tego, że jest Europejczykiem, a ta cywilizacja to jakaś pomyłka. Zrobiło mi się go szkoda.

Z rodziną Singh. (znane również jako: Poccahontas & friends)


Doktor z rodziną.

Z szacunkiem dla obyczajów wiąże się również tzw. 'dress code', czyli przyjęty sposób ubierania się. Hinduski przeważnie noszą długie, luźne spodnie i długie tuniki. Co prawda coraz częściej krój spodni jest coraz bardziej obcisły, ale tylko w ich dolnej części, góra jest luźna i zawsze przykryta długą bluzką. Albo saari, długie zwoje materiału, którymi oplata się kilkoma warstwami ciało.Chodzi o to, że kobiety nie pokazują nóg, jedynie stopy. Pokazywanie brzucha jest natomiast powszechne, nie ma w tym nic zdrożnego (od pępka w górę), choć zwykle jest on i tak lekko przesłonięty kawałkiem saari lub chustką. Dekolty również nie są eksponowane, przeważnie przesłonięte są długimi chustami. Oczywiście w dużych miastach wygląda to zupełnie inaczej, kobiety ubierają się tam coraz więcej na modłę zachodnią. Ale wspominam o tym dlatego, ponieważ czasami napotykam się na relacje z Indii, i czytam, że Hindusi są tacy, a tacy, i że na biusty się gapią. Co się mają nie gapić, ludźmi przecież są. Ale jak się biustów nie wypina w ich stronę, to się nie gapią. I tyle. Podobnie jest z wypinaniem tyłków, dobrze byłoby pamiętać, o dłuższych bluzkach albo spodniach o wyższym stanie, biodrówki to bardzo niedobry pomysł, szczególnie przy nachylaniu, kiedy bielizna (i oby tylko) wychodzi na wierzch. Wcale nie chodzi mi o to, że turystki powinny się nosić w tradycyjnych stronach przez cały pobyt w Indiach. Chodzi o to, żeby było wygodnie i luźno, a równocześnie nie za krótko. Spodnie czy spódnice do połowy łydki, bluzki zdecydowanie te z rękawkiem, niż te na ramiączkach. Na pierwszy rzut oka wypadniemy wtedy dużo korzystniej, może pomoże nam to w zawarciu szczerych znajomości.
Renu z kobietami ze slamsu Dżagatpura. Health Check Day, Dżajpur.



Pierwszy chai.


To tyle tytułem rozwlekłego wstępu. Bo właściwie chciałam pisać o masala chai, hinduskiej mlecznej herbacie z dodatkiem przypraw korzennych. To zdecydowanie mój ulubiony smak Indii, który  jest bardzo łatwo odtworzyć w domu. Przepisów na chai jest chyba tyle samo, ilu mieszkańców Indii. Z chai'em wiąże się również wiele wspomnień. Pamiętam dobrze pierwszy chai pity na zajeździe gdzieś pomiędzy Delhi a Berhor, w czasie postoju autobusu. Wszyscy delektowali się smakiem do czasu gdy Vasco odkrył, że mleko jest pochodzenia bawolego. Wszyscy się wzdrygnęli, lecz szybko przywykliśmy, bo okazało się, że bawół to najlepszy przyjaciel hinduskiej rodziny. Pamiętam też chai podany przez sąsiadów Uday'a (o nim może trochę więcej w przyszłości), bardzo słodki, z bardzo słodkimi słodyczami marchewkowymi, obu nie mogłam przełknąć. I kiedy Uday pokazał mi miejsce, gdzie podawali kawę, okazało się, że smakowała ona prawie tak samo jak chai (duża ilość mleka i cukru). W czasie wielogodzinnych podróży pociągami zawsze wyczekiwałam na zbliżające się do naszego przedziału ochrypłe okrzyki "Chai, chai, chai", o dziwo, za każdym razem brzmiące tak, jakby to ten sam człowiek sprzedawał herbatę. Lecz naironię, jeden z najlepszych chai'ów jakie piłam, był przyrządzony na mleku w proszku. No bo skąd by się miała wziąć krowa na ok. 2800 m npm?;) Było to po kilkugodzinnej wspinaczce na Triund( przypuszczam, że dlatego tak wyśmienicie smakował), w szopie-sklepiku na samym jego szczycie, w którym zobaczyłam bardzo intrygujący łapacz snów. Po trzech latach wróciłam w tamto miejsce i ciągle tam był.

Triund.



Najcudowniejsze miejsce na ziemi.


Dream catcher.

Chai jest zwykle podawany w małych, porcelanowych filiżankach, kubkach ze stali nierdzewnej,
plastikowych kubeczkach lub, tak jak nad brzegiem Gangesu w Varanasi - w malych glinianych miseczkach. Cechą wspólną chai'u jest czarna herbata, mleko, cukier i imbir (choć co do imbiru nie dam sobie uciąć głowy, pamiętam, że czasami w Radżastanie wydawało mi się, że w środku było tylko dużo za dużo cukru). To jest jakby podstawowa wersja, i w zależności od lokalizacji jak i zamożności, do chai'u dodać można goździki, cynamon, pieprz czy kardamon (często jedynie na specjalne okazje). Popularne są również gotowe mieszanki przypraw Tea masala,  moja pamiątkowa zawiera również korzeń Piper longum (ziółko ayurvedyjskie, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam).

Czekając na chai. 

Miałam okazję przyjrzeć się procesowi powstawania chai'u kilka razy, i opracowałam swój własny sposób na jego przygotowanie. Zreszta każdy sposób jest dobry, jeżeli efekt końcowy sprawia nam przyjemność.


Masala chai
(na dwie małe filiżanki)

150 ml wody
ok. 2 łyżek czarnej herbaty (w Indiach używa się taniej granulowanej, ja użyłam liściastej)
cukier do smaku (u mnie jedna łyżka)
ok.12 g startego korzenia imbiru
6 strączków kardamonu
szczypta cynamonu
4 goździki
250 ml mleka






W niewielkim rondelku zagotowuję wodę, dodaję herbatę, przyprawy i cukier. Gotuję na małym ogniu ok. 10 min, gdy esencja jest mocna i ciemna dodaję mleko, ewentualnie więcej cukru. I gotuję dalej, kolejne 10 min. Chai powinien nabrać intensywnego smaku herbaty i koloru (nie powinien być zbyt blady). Po ugotowaniu można go jeszcze odstawić na kilka minut, by do końca wykształcił się jego smak.  A potem trzeba tylko przecedzić przez sitko i delektować się tym magicznym smakiem.















Kuchnia Kriszny Organizator: Aniko

4 komentarze:

  1. Piekne zdjecia i niezwykle interesujacy opis... Moj ojciec pisal swoja prace doktorska po czesci w Indiach... to byl 1976 rok, mialam niecale 3 lata a on wyjechal z ekipa z Polski, ciezarowka Star, na caly rok... hm czasy... pozniej publikowal swoje zdjecia i artykuly w "Kontynentach" i w "Poznaj Swiat czy jakos tak... nie pamietam dokladnie. Ostatnio w Indiach byl moj brat. Ja jeszcze nie dotarlam a chcialabym... twoj opis obudzil te chec!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja czasami żałuję, że się za późno urodziłam ;) w '76. pewnie nie było aż tylu turystów :) a Ty z taką historią rodzinną pewnie jeszcze tam trafisz. i dziękuję za komentarz, cieszę się niezmiernie, że chęć się obudziła.

      Usuń
  2. Piper longum to pieprz długi a nie ziółko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, teraz już na dobre gości na mojej przyprawowej półce, w 2012 go nie znałam :)

      Usuń