poniedziałek, 2 maja 2011

masala musi być

Weekend upłynął pod znakiem przeziębienia. To chyba w ramach tego, że ostatnio się chwaliłam jak to nie pochorowałam się tej zimy. Kuracja solno-tymiankowa, rumiankowo-imbirowa, malinowo-lipowa, dziko-różana pomogła. Jeszcze odkryłam nową mieszankę leczniczą, a mianowicie tulsi z imbirem, goździkami i ziarenkami pieprzu. Tulsi to tzw. 'holy basil' rodem z Indii, ziółko lecznicze znane od 5000 lat, które ostatnio robi karierę jako towar eksportowy (www.organicindia.co.in), a którego mały zapasik sobie przywiozłam z ostatniego pobytu. A przepis na ową mieszankę wynalazłam w mej zdobyczy z pchlego targu w Berlinie za jedyne 1 euro, niezwykłej książce kucharskiej pani Madhur Jaffrey pt.: 'A taste of India'. Niezwykłej, bo nie jest to jedynie zbiór przepisów, a zbiór opowieści rodzinno-kulinarnych, przedstawiających również historię Indii od kuchni.



 Bardzo ciekawie się to czyta porównując z tym, co się zna, a zna się oczywiście bardzo niewiele, także apetyt rośnie z każdą stroną. Od razu się przyznam, że mój stosunek do kuchni Indyjskiej jest bardzo ambiwalentny, bez niektórych  jej składników nie mogłabym się obejść, a na inne nie mogę patrzeć. W zasadzie lubię chili czy mieszanki curry ale bez przesady, a mnie kuchnia Indyjska kojarzy się właśnie z taką wielką przesadą wszystkich przypraw i sposobów ich łączenia (nie wspominając o tym, że całe Indie są tak dosłownie przesadne w wielu swoich aspektach, czego niektórzy nie mogą znieść, a inni po prostu zakochują się na zabój).  Niektóre mieszanki przyprawiają mnie prawie o mdłości, jak na przykład garam masala, w której jest zdecydowanie zbyt dużo kuminu, którego po prostu nie mogę znieść. Ale z drugiej strony uwielbiam imbir, kardamon, kolendrę, kurkumę i gałkę muszkatołową, poza tym różnego rodzaju mieszanki curry, ale wiadomo, tak nie za ostro. Bo mam różnego rodzaju traumatyczne wspomnienia związane z Indyjskim jedzeniem, które wypalało trzewia, a które trzeba było jeść dzień w dzień i nie wybrzydzać, bo po prostu nie wypadało (będąc gościem w wiosce w Radżastanie). Na szczęście mam również i najcudowniejsze wspomnienia związane z ową kuchnią, jak odkrycie niebiańskiego malai kofta (taki sos z kawałkami paneer, wyrobu twarogo-podobnego, i orzechami nerkowca, rozpływa się w ustach) w restauracyjce w Delhi. Albo wspomnienie khiru, deseru ryżowego gotowanego na mleku w domu przy projekcie, w którym pracowałyśmy (deser przygotowywany jedynie na specjalne okazje, w tamtym wypadku wprowadzki do nowego domu, z dużą ilością rodzynek, orzechów, migdałów, kardamonu, suszonego kokosa (zanim zrobi się z niego wiórki) i oczywiście cukru). No i jeszcze nie należy przegapić faktu, że fanką masala chai (herbata z mlekiem na ostro) jestem dozgonną.  Nie będę jednak udawać znawcy kuchni Indyjskiej bo nim nie jestem, i nie o to mi chodzi, a jedynie o to, że jest we mnie fascynacja tą kuchnią i na pewno chciałabym ją zgłębić. Poza walorami smakowymi interesują mnie głównie walory zdrowotne, marzy mi się taki wyjazd do Indii pod kątem poznawania tajemników kuchni ajurwedyjskiej. Kto wie, może kiedyś... A książkę polecam. Jeszcze niczego z niej nie upichciłam pozą tą herbatą wspomnianą przez autorkę we wstępie, a która naprawdę pomogła na przeziębienie.

2 komentarze:

  1. Zachęcająco piszesz o tej pozycji, a ja bardzo lubię takie historie snujące się wokół kuchni. Niedobrze .. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń