Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez glutenu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez glutenu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2015

Oda do brukwi




Nastała wiosna, a ja się jeszcze nie rozprawiłam z zimowymi warzywami. Nie, żebym z dnia na dzień wyłączę je ze swojego jadłospisu, bo do wiosennych warzyw jeszcze daleko. Ciągle lubuję się w burakach, cebuli,  słoneczniku bulwiastym, czasem tylko skubnę sobie jakąś świeżą zieleninkę z trawnika. Brukiew też mi się jeszcze nie przejadła. Miałam zamiar nawet napisać odę do brukwi, ale jakiś wstręt do pisania mnie opanował, także tym razem sobie podaruję.
Bo cóż poetyckiego można napisać o brukwi? Ani ona wybitnie piękna, ani egzotyczna, a z nazwy to nawet lekko gburowata. W dodatku kojarzy się z wodnistą zupą z czasów wojennych, albo z jadłem dla bydła. A takie zaklęcia nie łatwo odczarować.

niedziela, 21 grudnia 2014

Bezglutenowe pierniczki migdałowo-kokosowe

Zrobiliście już pierniczki? Zostały jeszcze jakieś?
Ja zrobiłam, i niestety już nic nie zostało.
Byłam bliska zjedzenia całej masy przed wałkowaniem, taka była dobra. Zaraz po upieczeniu byłam trochę zawiedziona, bo surowa masa była dużo lepsza. Następnego dnia pierniczki doszły jednak do siebie, a z każdym kolejnym smakowały mi coraz bardziej. To nie są tradycyjne pierniki, nie ma w nich mąki pszennej ani żytniej, białego cukru, nawet miodu w oryginalnym przepisie nie było. Są one bezglutenową wersją szwedzkich pepparkakor, na migdałach, mące i cukrze kokosowym (nie, nie smakują kokosowo). Przyprawę piernikową utarłam w moździerzu, oprócz tradycyjnych składników dodałam do niej lawendy, karobu, pieprzu syczuańskiego i długiego, lukrecji, anyżu i anyżku, karobu, a nawet odrobinę zaparzonego espresso.
Nie ma dla mnie pierników bez pieprzu. Jest on tym najbardziej tradycyjnym składnikiem pierników (pierny czyli pieprzny), w starych przepisach obok pieprzu lądowała również zwykle lawenda. Ponieważ pierniki bez miodu również dla mnie nie istnieją, musiałam dodać choć odrobinę.

Przepis na pierniki znalazłam na szwedzkim blogu.  Szwedzkiego nie znam, ale znam duński, więc nie miałam problemu z rozszyfrowaniem składników. Po ich zgromadzeniu poszłam na łatwiznę i włączyłam google tłumacza, żeby nie przedzierać się przez gąszcz opisowy przepisu. I to był błąd. Nie zwróciłam uwagi, że przy tłumaczeniu google zamieniło miary, z decylitrów zrobiło szklanki... Upiekłam więc pierniczki z proporcji wziętych z kosmosu, ale wyszły wyśmienicie. Drugi raz zrobiłam je już z własnych proporcji i wyszły równie wyśmienicie.
Okazuje się, że pierniczki nadają się do wysyłki, po kilku dniach podróży pocztą robią się ciągnące, a raczej gumowate, ale tak pozytywnie. Ochrzciłam je pierniczkami-podróżniczkami.



Bezglutenowe pepparkakor
(na podstawie przepisu z bloga Evelinas Ekologiska)

100 g masła
100 g cukru kokosowego
2 łyżki espresso (lub mocnej kawy)
łyżeczka domowej esencji waniliowej
ćwierć łyżeczki kardamonu
pół łyżeczki goździków
łyżeczka cynamonu
łyżeczka imbiru (użyłam świeżego)
1 szt. długiego pieprzu
kilka ziaren pieprzu syczuańskiego
kilka ziarenek ziela angielskiego
kilka szczypt startego korzenia lukrecji
1 gwiazdka anyżu
kilka szczypt nasion anyżku
kilka szczypt startej gałki muszkatołowej

1 duża łyżka miodu
1 łyżka zmielonych nasion babki płesznik (FiberHusk, Psyllium)
200 g zmielonych migdałów (użyłam zmielonych migdałów)
100 g mąki kokosowej (można zmielić wiórki kokosowe)
1 jajko
1/4 łyżeczki eko proszku do pieczenia (lub sody oczyszczonej)


Przyprawy utrzeć w moździerzu lub zmielić w młynku.
Masło rozpuścić wraz z cukrem i miodem, dodać przyprawy, ekstrakt z wanilii i babkę płesznik, wymieszać i odstawic na 10-15 minut. Następnie dodać mąkę kokosową i migdałową, proszek do pieczenia i jajko, wyrobić ciasto. Schłodzić w lodówce, przez ok. 15-20 minut. Po tym czasie wyciągnąć z lodówki i cienko rozwałkowywać partiami, najlepiej między dwoma arkuszami papieru do pieczenia. Można wycinać różne kształty foremkami, można też ponacinać ciasto w kwadraty, romby lub trójkąty, jeżeli nie ma się czasu na zabawę z foremkami. Piec w 180-200 stopniach, przez kilka minut, w zależności od grubości ciasta. Ciasto powinno sie lekko zarumienić, należy uważać, by pierników nie przypalić. Po upieczeniu będą miękkie, stwardnieją w trakcie studzenia, zrobią się chrupkie. Można je od razu zjadać.



piątek, 19 grudnia 2014

Risalamande - duński deser świąteczny



Czasami mam wrażenie, że Duńczycy cały grudzień objadają się świątecznymi przysmakami, i gdy wreszcie nadejdą święta, są nimi przejedzeni. Tak przynajmniej było w przypadku risalamande i kucharzy z mojej pracy, którzy już w połowie grudnia nie mogli patrzeć na ten deser.
Tajemniczo brzmiący risalamande to duński deser świąteczny, rodzaj puddingu ryżowego z migdałami. Serwowany z sosem czereśniowym. Jest pyszny i aksamitny, prawie rozpuszcza się w ustach. To za sprawą bitej śmietany, z którą miesza się ostudzony już ryż. Tradycja każe wrzucić do garnka z puddingiem jeden migdał w całości, a jego znalazca jest nagradzany świątecznym drobiazgiem. Jednak szczęśliwiec nie powinien od razu ujawniać się ze swoim znaleziskiem, a cierpliwie trzymać je pod językiem do czasu, aż ostatnia porcja deseru będzie zjedzona.
Pierwszy risalamande, który zrobiłam 4 lata temu na specjalne życzenie, wcale nie był tradycyjny. Była to wersja 'gersonowska', czyli ogołocona ze wszystkich rozpustnych składników, po prostu brązowy ryż gotowany na mleku ryżowym, nic ciekawego, naprawdę. W tym roku przygotowałam zarówno wersję tradycyjną, jak i wegańską. W wersji wegańskiej należy użyć mleka roślinnego, jednak nie każde się nada. Odradzam tych mocno rozwodnionych ryżowych, polecam trochę pełniejsze owsiane lub orzechowe. Zamiast śmietany użyłam tłuszczu z mleka kokosowego, spisał się na medal.


Risalamande
(The scandinavian kitchen Camilla Plum)


1 laska wanilii
130 g drobnego ryżu (np. do risotto, choć w Danii używa się jeszcze drobniejszego, polerowanego ryżu do tego typu deserów)
ok. 1 litr mleka (lub 200-300 ml więcej, w zależności od użytego ryżu)
pół łyżeczki soli

50 - 60 ml śmietany kremówki (w wersji wegańskiej - puszka mleka kokosowego)
200 g posiekanych migdałów najlepiej bez skórek (plus jeden w całości)
50 g cukru (użyłam miodu)
(w przepisie Camilli jest też mowa o kilku gorzkich migdałach, ale z rozmów z całą klasą Duńczyków wynika, że gorzkie migdały nie są tradycyjnym składnikiem kuchni duńskiej)


Do garnka o grubym dnie wlej mleko, wsyp ryż i pozostałe składniki (laskę wanilii przetnij na pół i wydłub z niej ziarenka i wszystko dodaj do garnka). Doprowadź do wrzenia mieszając, a następnie zmniejsz ogień do minimalnego i już nie mieszaj, gotuj wolno pod przykryciem, do wchłonięcia całego mleka. Po ugotowaniu ryżu, należy go od razu schłodzić, bez przykrywki wynieść na balkon, do spiżarni lub lodówki. Po całkowitym ostudzeniu ryżu dodajemy do niego lekko ubitą śmietanę. Serwujemy z sosem czereśniowym, konfiturami czereśniowymi, czereśniami w sosie własnym ze słoika, lub tak jak ja, z braku czereśni - sosem z mrożonych wiśni.

Można oczywiście użyć też normalnego białego ryżu, jednak najprawdopodobniej będzie trzeba użyć więcej mleka do jego gotowania. Pudding ryżowy można też przygotować z ryżu pozostałego z obiadu - należy dodać do niego mleka i powtórnie ugotować, z ilością mleka można poeksperymentować, zaczęłabym od połowy objętości ryżu.

W wersji wegańskiej używamy mleka roślinnego (można spróbować z niesłodzonym migdałowym albo z orzechów nerkowych). Do gotowania ryżu dodajemy również wodnistą zawartość puszki z mlekiem kokosowym, tłuszcz kokosowy dodajemy po wystudzeniu ryżu, zamiast bitej śmietany.




Sos wiśniowy a la czereśniowy

500 g mrożonych wiśni lub czereśni
kilka łyżek wody
miód do osłody (można zastąpić innym słodzidłem)
pół łyżeczki skrobi kukurydzianej

Wiśnie wrzucamy do garnka i z dodatkiem niewielkiej ilości wody rozmrażamy i następnie gotujemy, wydzielą z siebie sporo soku. Dodajemy miodu do smaku (nawet kilka łyżek, wiśnie są bardzo kwaśne;) ). Na sam koniec gotowania do wiśniowego kompotu dodajemy skrobię zmieszaną z kilkoma łyżkami wody, mieszamy do zgęstnienia. Należy uważać z ilością skrobi, nie chcemy zrobić kisielu, a jedynie otrzymać aksamitną konsystencję sosu.

Po lewej 'okrągły ryż puddingowy', po prawej ryż Carnaroli do risotto.



czwartek, 4 grudnia 2014

Trufla: makaron z dynią




Pusto wszędzie, głucho wszędzie. Szczególnie tutaj, ostatnio się tak zrobiło.
Na fb dzieje się trochę więcej, jakiś czas temu pokazywałam tam zdjęcie makaronu z dynią.
I dzisiaj podam na niego przepis.
Do makaronu wykorzystałam nieszczęsną truflę letnią, która zapomniana leżała w lodówce od wakacji. Trochę zmieniła kolor i zbrązowiała, ale w ciągle była bardzo aromatyczna. Nie mogę powstrzymać się od wrzucenia kilku ujęć trufli, była bardzo fotogeniczna :) Zamiast niej można użyć suszonych pomidorów.





Makaron z kremem dyniowym
(porcja dla 2 osób)


pół kilko dyni hokkaido
1 łyżka masła
sól do smaku
kilka listków suszonej lub świeżej szałwii (nie za dużo, 2-4 szt)

parmezan
kawałek trufli (kilka suszonych pomidorów z oliwy)
świeża bazylia

50 g orzeszki piniowe lub migdały
kilka łyżek wody
ok. ćwierć łyżeczki soli

250 g makaronu (ulubionego, u mnie bezglutenowy, gryczano-batatowy)


Obraną i pokrojoną na mniejsze kawałki dynię dusimy pod przykryciem z dodatkiem niewielkiej ilości wody, masła, soli i szałwii. Blendujemy na gładziutki mus.
Migdały lub orzeszki piniowe prażymy na patelni. W kilku łyżkach wody rozpuszczamy ćwierć łyżeczki soli, roztworem zalewamy orzechy, mieszamy i czekamy aż woda odparuje, a orzechy przeschną. Na powierzchni patelni zostanie biały nalot - to tylko sól, którą bez trudu można zmyć gąbką. Orzechy/migdały siekamy na mniejsze kawałki.

Część dyniowego musu mieszamy z makaronem, część przeznaczamy do wierzchniej dekoracji dania. Makaron posypujemy orzechami, listkami bazylii, parmezanem skrojonym przy pomocy obieraczki do warzyw, cieniutkimi plasterkami trufli lub kawałkami suszonych pomidorów.







piątek, 14 listopada 2014

Wężymordka po azjatycku



Ni z tego, ni z owego słońce przestało wychodzić. Jest szaro, nastał półmrok. Deszcz nie przestaje mżyć, zapadły mgły nad wielką wodą, nie widać już Szwecji. Apteczne kolejki po zapasy witaminy D rosną, to już ten czas.
Wszechobecna szarość przełamywana jest  czasami fioletowym jarmużem. Z dodatkiem białej jak śnieg skorzonery i grzybów bogatych w witaminę D. Czy wiedzieliście, że wystawienie grzybów na słońce powoduje w nich produkcję witaminy D, nawet już po ususzeniu? Jest to witamina D2, nie D3 ktora jest lepiej przyswajalna.
Takze czekając na słońce jem grzyby  z kolorowym jarmużem i wężymordem.

A o wężymordzie pisałam dzisiaj na 1000roslin.pl:

Skorzonera (Scorzonera hispanica) zwana wężymordem albo czarnym korzeniem, czasami niesłusznie nazywana salsefią (ta nazwa należy się kozibrodowi porolistnemu), to warzywo korzeniowe, które znowu wraca na nasze stoły. Skorzonera znana od starożytności rozgościła się na europejskich stołach już w średniowieczu, najpopularniejszy okres jej panowania przypadł na XVII-XIX wiek. Nawet słodzono nią kawę. Doceniano również jej właściwości lecznicze – twierdzono, że pomaga przy zakażeniach, zawrotach głowy i bólach serca. Miała być również antidotum na ugryzienia jadowitych węży.
Skorzonera zawiera potas, żelazo, wapń magnez, sód, fosfor, i witaminy: E, B1, B2 i C. Polecana jest diabetykom, gdyż zawiera inulinę (podobnie zresztą jak topinambur).
Korzeń skorzonery dorasta do 30 cm długości, największe okazy zbiera się w drugim roku po wysianiu, przed kwitnieniem rośliny. Czarna lub ciemnobrazowa skórka kryje śnieżnobiały miąższ, który po obraniu szybko brunatnieje (dlatego obrane korzenie należy natychmiast włożyć do wody zakwaszonej cytryną lub octem). Z miąższu wydziela się również klejące mleczko, dlatego do obierania poleca sie rękawiczki. Wymyte korzenie można też ugotować ze skórką, po ostygnięciu łatwo ona odchodzi.
Wężymord zwany jest u nas zimowym szparagiem, w Danii szparagiem ubogich. Mimo tego, że wcale nie smakują podobnie, często przyrządza się je w podobny sposób – gotuje w wodzie i podaje z białym sosem (beszamelem lub holenderskim), albo podsmaża na maśle z dodatkiem tartej bulki.
Ale sposobów przygotowania skorzonery jest dużo więcej! Można ją schrupać na surowo, ma bardzo przyjemny, lekko słodkawy smak, a do tego  jest bardzo chrupka. Będzie doskonałym składnikiem surówek, można przygotować z niej surowy makaron. Można ją gotować, piec i smażyć, w konfiguracjach z różnymi warzywami i przyprawami. Można z niej zrobić zupę albo farsz do tarty. Ja ją właśnie zakisiłam.

Listki są również jadalne.

Z tego wszystkiego mam dzisiaj dla Was skorzonerę po azjatycku z jarmużem i grzybami.



Wężymord po azjatycku

ok. 400 g skorzonery
200 g grzybów użyłam mixu portobelo, shitake, boczniaków
kilka liści jarmużu (u mnie fioletowego i cavolo nero
pół łyżeczki pasty miso
tłuszcz do smażenia
 
Skrozonerę obrać, przepołowić wzdłuż i pokroić w mniejsze kawałi.pamiętając o łożeniu jej do zakwaszonej wody. Wrzucić na rozgrzany tłuszcz i lekko skarmelizować z obu stron. Miso wymieszać z wodą, połową mieszanki podlać skorzonerę i poczekać, aż płyn odparuje. Przełożć do innego naczynia. Na patelnię wrzucić porwane liście jarmużu i chwilkę podsmażyć bez tłuszczu. Przełożyć do naczynia. Na rozgrzanym tłuszczu podsmażyć grzyby, zarumienić. Podlać resztą misą i gdy większość wyparuje, dodać do pozostałych składników, wymieszać. Podawać z ryżem lub jako sałatkę.



Wężymorda postanowiłam również ukisić, dam znać co z tego wynikło.


 
 

poniedziałek, 20 października 2014

Własna mąka kasztanowa i co z niej zrobiłam




O mące kasztanowej marzyłam już od dawna, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Gdy jeden raz udało mi się ją napotkać - jej cena mnie odstraszyła. Dlatego przy tegorocznym urodzaju kasztanów to zrobienie własnej mąki było moim priorytetem. Okazało się to banalnie proste! Z pierwszej mąki postanowiłam zrobić zupkę śniadaniową na kształt owsianki, a w zasadzie kaszy manny. 

Mąka kasztanowa

obrane surowe kasztany jadalne, dowolna ilość

Kasztany zblendować w robocie kuchennym, a następnie cienką warstwą rozłożyć na blaszkach wyłożonych papierem do pieczenia. Włożyć do piekarnika, suszyć w 40-45 stopniach ok. 45-60 min. Zmielić w młynku do kawy lub innym urządzeniu mielącym. Mój żarnowy młynek trochę się zużył i nie mieli na pył, tylko raczej na 'kaszkę kukurydzianą', co mi wcale w niczym nie przeszkadza.



Kasztanianka

250 ml wody (można zamienić na mleko lub mleko roślinne)
3 czubate łyżki mąki kasztanowej
szczypta soli
przyprawy: cynamon, wanilia, kardamon, jak kto lubi
2 łyżki śmietany
2 łyżki melasy rodzynkowej

Wodę zagotować z przyprawami, ciągle mieszając dodawać pojedyncze łyżki mąki kasztanowej (uważnie rozmieszać, by nie zostały żadne grudki). Gotować na małym ogniu ok. 3 minuty. Dodać śmietankę, posłodzić melasą lub innym słodzidłem.
Jako przypraw można też użyć ziół np. prowansalskich, dodać więcej mąki i powstanie coś na kształt korsykańskiej polenty,


czwartek, 16 października 2014

Kasztanowy krem czekoladowy z jeżynami

'- W Paryżu najlepsze kasztany są na Placu Pigalle.
- Zuzanna lubi je tylko jesienią.'



Swoich pierwszych kasztanów nie jadłam w Paryżu, ale w Rzymie, w dodatku w środku lata. Ale i tak się w nich zakochałam. 
Dlatego gdy w zeszłym wypatrzyłam kilka drzew przez okno pociągu, nie mogłam uwierzyć we własne szczęście. Gdy wybrałam się na zwiady we wrześniu, nie były jeszcze dojrzałe. Gdy wróciłam kilka tygodni później - już ich nie było. Dlatego w tym roku postanowiłam być uważniejsza.

W zeszłym tygodniu pisałam o kasztanach jadalnych na 1000 Roślin:

Kasztany jadalne są bardzo uniwersalne, mają bardzo wiele zastosowań w kulinariach. Przeważnie spożywa się je po obróbce termicznej, gdyż na surowo mogą być ciężkostrawne dla żołądka. Najczęściej piecze się je lub gotuje, można też piec je w ognisku, w każdym przypadku nacinając twardą skórkę na krzyż – co ułatwi później ich obieranie, oraz zapobiegnie kasztanowym wybuchom. Można je też obierać na surowo, jednak dużo szybciej idzie obieranie po blanszowaniu kasztanów.

Po ugotowaniu kasztany nabierają słodkawego posmaku i mączystej konsystencji, można je trochę porównać do słodkich ziemniaków. Często są używane w deserach, jako dodatek lub zamiast mąki w ciastach (np. franc. Bûche de Noël). Kandyzowane kasztany to marrons glacés, a słodzony krem kasztanowy występuje pod nazwą crème de marrons. Ekstrahuje się z nich słodki syrop, który można wykorzystywać jako alternatywę dla cukru. Jadalne kasztany mają również bardzo wiele wytrawnych zastosowań. Mąka kasztanowa często bywa składnikiem mieszanek bezglutenowych, na Korsyce gotuje się z niej polentę. Również tam robi się kasztanowe piwo. Kasztany można dodawać do jednogarnkowych potrawek, mięsnych lub wegetariańskich, zrobić farsz do drobiu lub kasztanowe pure zamiast ziemniaczanego. Można ugotować zupę kasztanową, albo użyć mąki jako zagęstnik do zup. Ponoć można nawet zrobić kasztanową kawę!

Kasztany jadalne, w odróżnieniu od orzechów i nasion zawierają bardzo mało tłuszczu czy białek, składają się głównie ze skrobi. Są bogatym źródłem witaminy C, witamin z grupy B, kwasu foliowego oraz manganu, miedzi, potasu, fosforu i magnezu.

Kasztan jadalny to również roślina lecznicza, surowcem są liście i kora drzewa. Odwary z liści stosuje się przy problemach żołądkowych (mdłości, biegunka), chorobach układu oddechowego (kaszel, astma, zapalenie oskrzeli). Z liści i łupin kasztanów można przygotować szampon kojący 
skórę głowy.



Zjadłam kasztanową owsiankę czyli kasztaniankę, zrobiłam trochę mąki, część zamroziłam, część poszła na kasztanowe trufle/mus kasztanowy. 

Przepisem wyjściowym był przepis na kasztanowe ciasto truflowe, ale zrobiłam wszystko 'po swojemu' i zjedliśmy je częściowo jako mus, częściowo jako trufle. Polecam obie wersje, szczególnie z dodatkiem jeżyn, gdyż przełamały lekko mdławy smak czekoladowy. Zaznaczam, że żaden ze mnie czekoholik, więc mogę się nie znać ;)



Kasztanowa masa czekoladowa z jeżynami

400 g ugotowanych kasztanów jadalnych
ok. 200 g melasy rodzynkowej, do smaku (w oryg. 100 g cukru)
100 g masła (lub oleju kokosowego)
50 g tłuszczu kakaowego i 70 g kakao (użyłam zamiast jednej czekolady min. 70%)
1 łyżka domowego ekstraktu waniliowego

300 g jeżyn

Masło i czekoladę (lub jej zastępnik) rozpuścić wraz z melasą (lub cukrem). Kasztany rozdrobnić w w robocie, dolać lekko ostudzony tłuszcz, wanilię. Blendować do osiągnięcia gładkiej masy. Połowę masy odłożyć, do reszty dodać jeżyny (u mnie rozmrożone), zblendować. Jeżeli zależy nam na uzyskaniu masy, którą po schłodzeniu będzie można kroić jak ciasto - dodajemy jeszcze kilka łyżek masła. 

Obie masy można wyłożyć do foremki (w 2 warstwach) i po schłodzeniu przez 24 godziny otrzymamy ciasto truflowe. 
Bez chłodzenia możemy zjeść od razu, jako mus lub krem czekoladowy.
Możemy też pobawić się w robienie babeczek/trufli i przełożyć obie masy do foremek, schładzając przez min. 12 godzin. 



sobota, 2 sierpnia 2014

Zielony chłodnik z łupin grochu




Dzisiaj będzie na zielono, i to na kilku płaszczyznach. Tematem przewodnim tego wpisu są bowiem łupiny zielonego groszku, produkt uboczny przy łuskaniu owego groszku właśnie. Pisałam dzisiaj o nich na 1000 roślin jadalnych i w związku z tym jestem bardzo podekscytowana, bo naprawdę chciałabym Was nakłonić do choćby spróbowania wykorzystania tego 'odpadku'.
A dlaczego mi na tym zależy? Jedzenie przyjazne środowisku to na pewno jeden z powodów. Wykorzystujemy nasze produkty do końca, staramy się ich nie marnować i dzięki temu rozwijamy kreatywność kulinarną. Eksperymenty kulinarne to właśnie drugi powód. Dodają gotowaniu odrobiny ekscytacji, umożliwiają poznawanie nieznanych smaków. Być może słyszeliście o czipsach z obierek, pesto z natki rzodkiewki czy zupie z natki marchewki? Jeśli nie, to zakasujcie rękawy i do roboty!

W ramach tego, że mieszkam w Danii, duńskimi przykładami się posłużę.
Duńczycy bardzo cenią sobie swój groszek, podobnie zresztą truskawki, ziemniaki czy czarną porzeczkę. Tak jak u nas przy drogach sprzedaje się czereśnie, u nich najczęściej można napotkać groszek. Jakiś czas temu pokazywałam na 1000 roślin jadalnych zdjęcie jednego z dań serwowanego kiedyś w kopenhaskiej nomie, już któryś raz okrzykniętej najlepszą restauracją na świecie. Były to łupiny groszku faszerowane młodymi pędami świerkowymi z dodatkiem rumianku. Pod zdjęciem było napisane, że kilku kucharzy przez kilkanaście godzin dziennie wyciąga z łupin fibry przy pomocy pincety. Czyste szaleństwo! Któraś z czytelniczek skomentowała, że przecież mogli użyć groszku cukrowego, nie byłoby z nim tyle roboty. Niby by mogli, ale jednak nie mogli. Nazwa  'noma' pochodzi od słów 'nordisk mad', czyli nordyckie jedzenie, za którą kryją się idee Nowej kuchni nordyckiej (o której kiedyś wspominałam tutaj). Jedną z owych idei jest używanie lokalnych produktów, a takiego groszku cukrowego nie uprawia się w Danii, przynajmniej nie na większą skalę, a większość groszku cukrowego dostępnego na europejskim rynku pochodzi z Afryki, Azji i Ameryki Południowej (smacznego!). Dlatego noma ściółek pergaminowych z duńskiego groszku pozbywa się za pomocą pincety. To tak w ramach ciekawostek turystycznych ;)



W duńskiej kuchni, w której ja sama praktykuję, idziemy na łatwiznę i z łupin grochu po prostu wyciskamy sok. Taki sok używamy do zielonych olejów, galaretek, sosów, zup, chłodników.
Dzisiaj pokażę Wam podstawowy przepis na zielony chłodnik, który można dowolnie modyfikować, według gustu. Można dodać soku z cytryny, albo więcej przypraw, można dodać ogórka albo żółtlicy, jak kto woli.

Zielony chłodnik groszkowy
(2 małe porcje)

sok wyciśnięty z łupin grochu (150 ml)
jogurt naturalny (200 ml)
3-4 łyżki wyrazistego oleju tłoczonego na zimno (użyłam sezamowego, rzepakowy, lniany i dyniowy również się nadadzą)
sól i świeżo mielony pieprz do smaku
1- 2 garści świeżego groszku
mały pęczek koperku
ewentualnie młode pędy groszku i kwiaty nasturcji

Świeżę strączki grochu przepłukać, wyłuskać. Łupiny przecisnąć przez wyciskarkę do soku lub sokowirówkę (duża ilość fibrów szybko zatyka sito, dlatego należy je kilka razy opróżnić w czasie sokowania). Jeżeli groszki są dojrzałe i zbyt gorzkie na surowo, należy wrzucić je na wrzątek na 30 sekund, a następnie szybko ostudzić. Młodziutkie i słodkie groszki nie potrzebują obróbki cieplnej.
Zielony sok wymieszać z jogurtem i posiekanym koperkiem (chłodnik powinien się zrobić gęsty od koperku), doprawić olejem, solą i pieprzem, wrzucić groszek. Serwować z młodymi pędami groszku i kwiatem nasturcji, który doda chłodnikowi urody i charakteru. Można też podać z chipsami chlebowymi.


niedziela, 20 lipca 2014

Rulony różane

W ten weekend na 1000 roślin jadalnych królują owoce róży pomarszczonej, często zwanej przeze mnie dziką różą plażową ;) Wczoraj zrobiłam pierwsze różobranie, stąd jeden szybki przepis na jej wykorzystanie.
Być może znacie już tzw. 'owocową skórkę' lub też 'fruit leather' czy 'fruit roll ups', które zrobiły się dosyć popularne ostatnimi laty. Oto moja wersja różana :)




Różana skórka

2 szklanki oczyszczonych owoców róży (pomarszczonej lub dzikiej)
1 szklanka wody
1 banan
ewentualnie miód lub ksylitol do dosłodzenia


Owoce róży zagotować, wodę odlać. Różę zmiksować z bananem na gładką masę, równomiernie rozprowadzić na blaszce pokrytej papierem do pieczenia, warstwa powinna mieć ok. 5 ml grubości. Wstawić do piekarnika nagrzanego nie więcej niż 100 stopni, najlepiej z termoobiegiem. Odparowywanie i suszenie skórki zajmie kilka godzin, w zależności od temperatury. Wysuszony płat należy delikatnie ściągnąć z papieru do pieczenia, skręcić w rulon i pociąć kuchennymi nożycami.
By otrzymać słodycze w wersji surowej, owoce róży lub inne (porzeczki, czereśnie, jagody) blendujemy bez gotowania, a następnie suszymy w temperaturze nie wyższej niż 40 stopni C.



Gigant, prawdziwy plażowy pomidor!


sobota, 5 lipca 2014

Sałatka z chwasta i ziemniaków


Wakacji objazdowych ciąg dalszy. Po podboju Beskidów i Bieszczadów czas na stare, poczciwe górki kaczawskie. I w nich mi chyba najlepiej.
Jeśli czytacie 1000 roślin jadalnych wiecie, że dzisiaj napisałam kilka słów o ślazie zaniedbanym. Jeśli nie czytacie, to mogę Wam skopiować te kilka zdań:



Ślaz zaniedbany - Malva neglecta - występuje na przydrożach i przychaciach, kwitnie od czerwca do sierpnia. Rośnie na 10-40 cm, często się płoży i rozgałęzia. Wszystkie części rośliny są jadalne, zarówno na surowo, jak i po obróbce termicznej. Owoce/nasiona (tzw. boże chlebki) zawierają ok. 21% białka i 15% tłuszczy. Można je zamarynować jak kapary. W trakcie gotowania liście i korzenie wytwarzają śluz podobny do tego z siemienia lnianego czy okry, co można wykorzystać w zagęszczaniu zup i sosów. Wywar z korzenia może być używany jako substytut kurzego białka. Śluzowe herbatki ze ślazu stosuje się w ziołolecznictwie przy nieżytach układu oddechowego i pokarmowego. Korzeń z powodzeniem może zastąpić szczoteczkę i pastę do zębów, gdyż zawiera olejki i składniki odpowiednie do higieny jamy ustnej.





Doczytałam się również, że z wywaru można zrobić bezę bez jajka, podobną do tej z żelu z siemienia lnianego, jednak nigdzie nie znalazłam proporcji. Wykopałam trzy korzenie i próbowałam je wygotować w 500 ml wody, jednak nic mi nie wyszło. Przypuszczam, że surowca powinno być jeszcze więcej, ale tutaj znalazłam zaledwie kilka roślinek i nie chciałam wszystkich wykopywać.
Jeśli zależy nam na śluzie z liści, surowca również powinniśmy nazbierać całkiem sporo. Nie udało mi się otrzymać żelu o konsystencji tego z siemienia, ale w sumie też nie za dużo tych liści miałam.

Ślazowe chlebki, czyli owocniki, jadało się zwykle razem z dzieciakami ze wsi dawno temu, w czasie wakacji właśnie. Są bardzo smaczne i pożywne, można jeść zarówno te zielone, jak i już sczerniałe, wyschnięte owoce. Liści i kwiatów spróbowałam dopiero niedawno, i bardzo przypadły mi do gustu. Są bardzo delikatne w smaku, nie dominują nad innymi składnikami potraw. I lekko się ślizgają podczas jedzenia :)

Dzisiaj proponuję Wam sałatkę ziemniaczaną, ale nie znajdziecie w niej majonezu czy jajek. Za to pół kilko różnego zielska i kwiatów z ogrodu. I w dodatku wszystkie użyte roślinki były nie tak dawno opisywane na 1000 roślin jadalnych.  A do ziemniaków młoda kapusta, najprostsza z koperkiem i masłem, chrupiąca.


Sałatka ziemniaczana z zielskiem

młode ziemniaki, ugotowane w skórkach (lub nie)
garść liści, kwiatów i owoców ślazu zaniedbanego
garść żółtlicy
garść natki pietruszki
garść lubczyku
młode liście chrzanu
kwiaty liliowca
kwiaty ogórecznika
sól 
zimno tłoczony olej rzepakowy lub masło

Młode ziemniaki bez skrobania i bez soli (albo bez skórek i z solą) ugotować, a następnie lekko rozdrobnić (użyłam drewnianego narzędzia do przekładania placków, nie mam pojęcia jak się ono fachowo nazywa). Posolić, dodać oleju lub masła oraz drobno posiekane zielsko, wymieszać. Na koniec dodać kwiaty liliowca i ogórecznika. 


Młoda kapusta

pół główki młodej kapusty
świeże gałązki i kwiaty koperku
sól
masło lub olej kokosowy

Kapustę pokroić, podsmażyć na patelni, pod koniec dodając koperek. Kapusta powinna być lekko chrupiąca.
Szklanka kwaśnego mleka lub kefiru wpasowałaby się tu idealnie.



piątek, 6 czerwca 2014

Różane Koldskål



Jestem amatorską zjadaczką roślin mniej lub bardziej dzikich, i dobrze mi z tym, wręcz wspaniale! Do czego zachęcam również i Was! A żeby jeszcze lepiej Was zachęcić, pokażę Wam całkiem urocze (wg moich własnych standardów oczywiście) danie. To w zasadzie deser jest, albo propozycja na lekki posiłek w upalne dni.
Koldskål to duńska zupa z maślanki na słodko, najczęściej z dodatkiem specjalnych ciasteczek i truskawek - przynajmniej mi się tak kojarzy. W dosłownym tłumaczeniu nazwa oznacza 'zimną miskę', czyli właśnie coś do ochłody. Tradycyjnie tę zupę serwuje się w czystej postaci, czyli na biało, jednak ja postanowiłam zaszaleć i zrobić ją w trzech kolorach, a w dodatku z dodatkiem płatków róży. Bo nie od dziś wiadomo, że truskawka z różą się lubią niezmiernie. Przepis podstawowy wzięłam z książki Camilli Plum 'The Scandinavian Kitchen', zmniejszyłam go o połowę i standardowo pominęłam cukier, w tym wypadku zastępując go miodem.


Różane Koldskål

3 żółtka (mogą być pasteryzowane)
duża łycha miodu (zamiast 100 g cukru)
sok z połowy cytryny
ziarenka z 1 laski wanilii
100 ml śmietany kremówki
1 litr maślanki

dwie garści płatków pachnącej dzikiej róży
500 g świeżych truskawek

Żółtka zmiksować razem z miodem, cytryną i wanilią, rozprowadzić w maślance. Schłodzić. Zachować część płatków do dekoracji, z reszty oberwać białe końcówki płatków różanych, a następnie rozetrzeć je w moździerzu. Maślankę podzielić na trzy części, do pierwszej dodać różę i zblendować jak najdrobniej. Do następnej dodać część truskawek i zmiksować na gładki koktajl. Trzecią część zostawić bez dodatków. Ubić śmietanę, rozdzielić po równo do każdego naczynia z maślanką i delikatnie wymieszać. Do talerzy lub miseczek nalewać pojedynczo kolorowe płyny. Serwować z płatkami róż i truskawkami. Na zdjęciu duża porcja podwieczorkowa, w deserowej nie miałabym miejsca na takie artystyczne kompozycje ;)



poniedziałek, 2 czerwca 2014

Szparagi, popiół i nasturcja

W zeszłym tygodniu pokazałam Wam na FB zdjęcie dania, które serwowaliśmy w naszej stołówce. Danie było wyjątkowo ładne, i wyjątkowo mięsne. Była tam cielęcina, był kremowy sos z serka i serwatki z ziołowym olejem, były marchewki i bronze fenkuł (czy jak to się tam zwie). I jeszcze popiół z pora tam był. Bardzo ładnie to wszystko wyglądało, i zapragnęłam coś podobnego zrobić w domu. Marzyło mi się jednak coś lżejszego, jeszcze bardziej wiosenno-letniego. I najlepiej wegańskiego. Nie zdecydowałam się na dosłowne zweganizowanie dania, i nie zastąpiłam cielęciny strączkami. Dałam głos oszalałej wiośnie za oknem i użyłam zielonych szparagów, co okazało się być całkiem sprytnym posunięciem ;)



Wiosenna sałatka ze szparagami

pęczek zielonych szparagów
kilka marchewek
liście nasturcji

pół szklanki nerkowców namoczonych przez noc
woda lub neutralne w smaku mleko roślinne
ćwiartka solonej cytryny (przepis)
zielony olej, u mnie z nasturcji, pietruszki, oregano (wg tego przepisu)

popiół z pora (opisany tutaj)
ewentualnie cienkie grzanki z chleba do posypania

1. Marchewki ostrugać na cienkie wstążki przy pomocy obieraczki do warzyw lub mandoliny. Wrzucić do pojemnika z (najlepiej) lodowatą wodą.

2. Nerkowce przepłukać i wrzucić do pojemnika blendera lub robota wraz z miąższem solonej cytryny, dodając płyn zblendować na gładki, rzadki krem. Do tak otrzymanego sosu dodać kilka łyżek zielonego oleju, lekko przemieszać.

3. Ze szparagów odłamać zdrewniałe końcówki, wrzucić na osolony wrzątek na ok. 1 minutę, odcedzić i zalać bardzo zimną wodą. Następnie zgrillować, lub wrzucić na gorącą patelnię bez tłuszczu i lekko przypalić z obu stron. Pokroić w mniejsze kawałki.

4. Na talerz wyłożyć szparagi, a na nie odcedzoną marchewkę. Po bokach wylać sos, dodać liście nasturcji. Na koniec oprószyć wszystko porowym popiołem.

Danie może wygląda trochę na wyszukane, ale tak naprawdę wcale nie potrzeba dużo czasu na jego wykonanie. O ile zimą zasoliło się cytryny (można zastąpić sokiem i skórką ze świeżej cytryny), a po ostatnim wpisie zwęgliło się trochę pora ;) Jeśli nie, to na pewno nada się jako element proszonej kolacji, której można poświęcić chwilę dłużej.


czwartek, 29 maja 2014

Flan z brokuła i Herb Walk

Po pierwsze, chciałabym Was dzisiaj zaprosić do akcji "Cała Polska widzi zioła" organizowanej przez Inez Herbiness. Akcja ma bardzo proste zasady, wystarczy wyjść na półgodzinny spacer z aparatem lub bez, otworzyć oczy i przyjrzeć się ziołom rosnącym wokoło nas. Nie trzeba iść specjalnie daleko, wystarczy spojrzeć na trawnik, lub na rośliny codziennie napotykane na drodze z pracy do domu. "Herb walk" trwa do 8. czerwca, relacje ze spaceru (ze zdjęciem lub bez) należy przesyłać pod adres inezrogozinska@gmail.com. Blogerzy są zaproszeni do stworzenia blogowej relacji ze spaceru i podesłania linka do Inez.




Po drugie, zapraszam Was dzisiaj na zielony flan z brokuła. Podany z "popiołem z pora", pędami groszku i szypułkami skrzypu polnego. Bardzo się postarałam ładnie podać to danie na kolację, ale D. wcale nie był zachwycony... Skrzyp odłożył na bok, liście to dla królików,  na czarną posypkę nie zwrócił uwagi, ale gdy zapytałam go co sądzi o popiele, oburzył się bardzo i oskarżył o posypywanie jedzenia popiłem z grilla... No cóż, niektórym trudno jest dogodzić, albo wręcz przeciwnie ;) ... Ale sam flan mu smakował wyśmienicie!

Flany kojarzą się z deserami, ale mi zdecydowanie bardziej odpowiadają ich warzywne wersje. Można je przygotować z wielu warzyw, nie tylko z brokułów, np. kalafiora, marchwi, topinamburu czy szparagów. Flan można trochę porównać do sufletu, nie zawiera on jednak mąki (czyli jest to danie bezglutenowe), ani nie rośnie (dlatego też nie opada) w czasie pieczenia.
 Różnego rodzaju popioły to całkiem modny dodatek, nie tylko w kopenhaskiej, gastronomii. Wystarczy w piekarniku spopielić np. zielone części porów, które często i tak lądują w koszu.
 Na zbieranie szypułek skrzypu polnego już trochę za późno, ale ja zrobiłam mały zapas, który trzymam w lodówce i wyciągam na specjalne okazje. Takie szypułki zbiera się zwykle w kwietniu, zanim skrzyp polny wypuści swoje zielone pędy. Nie mają zbyt wiele smaku, lecz zdecydowanie nadrabiają wyglądem. Należy je zblanszować, a następnie potraktować zalewą z octu jabłkowego, miodu i np. sosu sojowego. Tak przygotowane mogą spokojnie czekać na tę specjalną okazję. Po więcej szalonych pomysłów odsyłam do "Dzikiej kuchni".





Flan brokułowy

400 g zblanszowanych bukietów brokuła, po odcieknięciu
2 jajka
50 ml śmietany kremówki
ząbek czosnku
sól do smaku

Do podania:
zieleninaa, u mnie młode pędy groszku
marynowane szypułki skrzypu
popiół z pora

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Wszystkie składniki zblendować na kremową masę. Przełożyć do małych naczyń do pieczenia wysmarowanych masłem. Piec 15-20 minut, w zależności od głębokości naczyń. Masa powinna się zapiec, jednak nie należy jej zbytnio wysuszyć. Można serwować w naczyniach do pieczenia, można spróbować delikatnie wyciągnąć flany z naczyń (wtedy pieczenie w silikonowych foremkach na muffinki może okazać się poręczniejsze). Podawać np. z ziemniakami. Jeżeli zostanie coś do następnego dnia, pozostałościami można urozmaicić pure ziemniaczane.

niedziela, 25 maja 2014

Słodkie kulki w 5 minut

Z uśmiechem wyglądam przez okno i obserwuję bose dziewczynki, wywijające gwiazdy na trawniku. Będąc w ich wieku sama bardzo chciałam się nauczyć tej umiejętności. Z zazdrością podziwiałam gwiazdy wywijane przez J., ale za żadne skarby nie chciało mi to wyjść. Dzisiaj takie próby groziłyby złamaniem kręgosłupa...
Wczoraj wieczorem D. miał ochotę na coś słodkiego. W domu jak zwykle - pustka. Czasem tak jest, że niekupowanie gotowych produktów połączone z odrobiną lenistwa powoduje totalną pustkę. W dzieciństwie ratunkiem w takiej sytuacji był kogiel mogiel, ale do niego potrzebne są przecież jajka, a nikt nie zrobił zakupów...
 Często bywa tak, że po spędzeniu połowy dnia na przygotowywaniu posiłków dla innych, ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę po powrocie do domu jest stawanie przy garach. Nawet chleb wolę przynieść z pracy, bo nie mam cierpliwości do pieczenia, a zakwas w tym mieszkaniu i tak zwykle umiera. Mijają godziny, zaczyna się ściemniać, a kiedy jeszcze D. jest w pracy i nie domaga się jedzenia, często bywa tak, że pora kolacji mija niezauważona. Gdy w końcu staję się głodna i zła, i w dodatku zapomniałam o chlebie, nie mam czym tego głodu załatać. No bo ponoć szewc bez butów chodzi. Będąc już tak głodną i wyprowadzoną z równowagi, ostatnim gestem zdrowego rozsądku robię naleśniki. Dostawiam sobie stołek przy kuchence, jedną ręką smażę naleśniki, drugą nie przerywam czytać książki, która właśnie do tego stanu mnie doprowadziła. I jakoś przeżywam do następnego dnia.
Ale kiedy D. ogłosił ochotę na coś słodkiego i zaoferowanie daktyli nie zostało tym razem przyjęte entuzjastycznie, wspaniałomyślnie zaoferowałam wykonanie słodkich kulek. Zrobienie słodkich kulek zajmuje jedynie 5 minut i potrzebne są zaledwie trzy składniki, w porywach do czterech, jeśli chcemy mieć wersję luksusową. Więc takie słodkie kulki wygrywają z moim leniem, a w dodatku są całkiem zdrowe i nawet D. nimi nie wzgardzi.



Słodkie kulki z amarantusem
(mała porcja dla 2 osób, z powodzeniem można ją podwoić lub potroić)

ok. 5 dużych daktyli
1-2 łyżki roztopionego tłuszczu kokosowego
ok. 60 g poppingu z amarantusa
kilka łyżek wody
w wersji luksusowej - kruszone ziarno kakaowca

Daktyle muszą być miękkie, w razie potrzeby należy ja zalać wrzątkiem na kilka minut. Po ostudzeniu pozbawić pestek, zblendować wraz z tłuszczem na kremową masę. Wymieszać z amarantusowym poppingiem (i ewentualną kruszonką kakaową) na kleistą masę, formować w dłoniach małe kulki. W razie potrzeby dodać kilka łyżek wody pozostałej z namaczania daktyli. Można schłodzić.

I jeszcze coś pięknego do posłuchania. Czasami mi smutno, że zabrakło mi talentu do robienia gwiazd i do śpiewania.


piątek, 16 maja 2014

Bez glutenu, za to z rabarbarem




Pęczek pierwszego duńskiego rabarbaru przeleżał kilka dni w lodówce, zanim się zdecydowałam co z nim zrobić. Sezon rabarbarowy należy przecież uczcić w sposób szczególny, najlepiej czymś, czego się wcześniej nie robiło. Nie miałam ochoty na twardawą kruchą tartę, ani na masę mąki pszennej w cieście ucieranym. Chciałam czegoś miękkiego, a jednocześnie bez glutenu i masy cukru. Zaczęłam się zatem rozglądać za biszkoptem bezglutenowym, i wybrałam opcję z Moich Wypieków, z orzechami i mąką ziemniaczaną. Nie pamiętam kiedy ostatnio piekłam biszkopt, stąd moje zdziwienie, że do jednego ciasta idzie aż 5 jajek! A to dlatego, że miałam taki okres w życiu, że weganizowałam co się dało i przywykłam do tego, że jajka nie są niezbędnym składnikiem ciast. Był to co prawda krótki rozdział w moim życiu, potem okazało się, że jajka są mi jednak wskazane. Przeprosiłam się więc z nimi, i od tamtej pory zdecydowanie częściej goszczą w moim jadłospisie, tak samo zresztą jak masło. Co prawda jajka zerówki daleko się mają od jajek od prawdziwie szczęśliwych kur z podwórka, jednak wybieram najmniejsze zło, przynajmniej tak myślę.
Biszkopt mnie zachwycił, był prawdziwie biszkoptowy - mięciutki, nie kruszył się ani nic! Ładnie wyrósł, choć po wyłączeniu piekarnika środek jednak trochę opadł, ale i tak był całkiem przyzwoitej wysokości. Jedyne co mogę powiedzieć, to był jednak trochę za słodki jak na mój gust, następnym razem dodałabym mniej słodzidła do ciasta. Wierzch rabarbarowy oparłam na sposób owoców przygotowywanych to tarty tatin - usmażyłam rabarbar w sosie karmelowym. Taki sos można przygotować na kilka sposobów, a w zasadzie na kilku różnych składnikach: tradycyjnie na cukrze, mniej tradycyjnie na miodzie, lub dziwacznie jak dzisiaj: na cukrze palmowym. Do zrobienia karmelu użyłam produktu wykonanego z palmy daktylowej, który ma konsystencję skrystalizowanego syropu. Do słodzenia ciasta użyłam cukru kokosowego (wykonanego z palmy kokosowej), o konsystencji podobnej do zwykłego cukru.





Biszkopt orzechowy bez glutenu

Przepis na biszkopt pozwolę sobie zacytować z Moich Wypieków:


Składniki na biszkopt do tortownicy 22 - 23 cm:

5 jajek, białka i żółtka oddzielnie
3/4 szklanki cukru
(zmniejszyłabym do połowy, użyłam kokosowego)
2/3 szklanki zmielonych orzechów (użyłam piniowych, można użyć każdych innych lub migdałów)
1/3 szklanki mąki ziemniaczanej

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej. Mąkę przesiać, wymieszać z orzechami; odłożyć.

Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając do otrzymania gęstej, kremowej masy.

Dodać przesianą mąkę z orzechami, delikatnie wymieszać szpatułką. Przełożyć do tortownicy wyłożonej wcześniej papierem do pieczenia (samo dno).

Piec w temperaturze 170ºC przez około 40 minut lub do tzw. suchego patyczka.

Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Całkowicie wystudzić. Przekroić na 2 lub 3 równe blaty biszkoptowe.

Uwaga: boki biszkoptu oddzielać nożykiem od formy dopiero jak biszkopt będzie wystudzony.



Warstwa rabarbarowa:

mały pęczek rabarbaru
kilka łyżek cukru palmowego, ok. 4-5 (lub miodu, cukru, ksylitolu)
2-3 łyżki masła

Rabarbar obrać ze skórki, pokroić w równe kawałki. Słodzidło wrzucić na patelnię i rozpuścić na średnim ogniu, pilnować by się nie przypaliło. Gdy zacznie bulgotać, dodać masło i przemieszać. Dodać kawałki rabarbaru i wymieszać, a następnie smażyć bez mieszania, ewentualnie można patelnią kilka razy wstrząsnąć. Uważać, by rabarbaru całkowicie nie rozgotować, bo inaczej zrobi się z niego rabarbarowa ciapa - ja odrobinę przesadziłam. Owoce z sosem przelać i rozprowadzić na wystudzonym biszkopcie. Rabarbar wydzieli dużo soków i może wydawać się zbyt płynny, ale po ostygnięciu wszystko zastygnie.

Ciasto bardzo nam smakowało, mi osobiście bardziej przypadło do gustu niż tradycyjny biszkopt. Ostatki ciasta przetrzymywałam na naszym krytym balkonie, i jednego ranka wleciała sroka i zaczęła się do niego dobierać. Srokę przegoniłam, placek zabrałam, ale jeszcze po południu sroka wracała w nadziei, że znajdzie tam choćby kawałek.

wtorek, 6 maja 2014

Fasola z palonym masłem szałwiowym




Trochę mnie tu nie było, trochę byłam przeziębiona, a potem na trochę wyjechałam. Ale już jestem, i nigdzie się stąd nie ruszam! Jeśli tęsknicie, to zapraszam na stronę bloga na FB, tam bywam częściej i pokazuję różne dziwne rzeczy :) Ostatnio działam też w bardzo fajnym projekcie '1000 roślin jadalnych', zajmujemy się tam popularyzacją chwastów, dzikich lub zapomnianych roślinek, kwiatków, bratków i stokrotek. Polecam zajrzeć po codzienną porcję inspiracji! Stronę tworzą Inez, Aga, Gosia i Gosia, a adminem honorowym został Łukasz Łuczaj. Także towarzystwo mamy doborowe, nic tylko pobiec na łąkę!

Ale dzisiaj nie będzie o chwastach, a o fasoli. Z masłem. I szałwią. Dostałam kiedyś krótkiego maila od przyjaciółki:

 Olu!

właśnie odkryłam niesamowite połączenie smakowe: biała fasola, masło i szałwia.

musiałam się tym z Tobą podzielić :)


Tylko tyle, a wystarczyło, żeby zacząć się ślinić fantazjując o możliwych kombinacjach. Smarowidło, krem, a może zupa? Postawiłam jednak na minimalizm i fasolę po prostu ugotowałam. A masło postanowiłam spalić. O palonym maśle przeczytacie więcej np. tutaj, bo wcale nie żartuję z tym paleniem ;)





Fasola z palonym masłem szałwiowym

paczka białej fasoli (dużej), u mnie 400 g
3/4 kostki masła
kilka listków świeżej szałwii
100 ml oliwy lub oleju z zimnego tłoczenia
sól

Fasolę namoczyć na noc, następnego dnia przepłukać i ugotować w osolonej wodzie (zagotować, a następnie powoli gotować na średnim ogniu). 
Masło topić w garnuszku na małym ogniu i pozwolić mu zbrązowieć, byle nie za bardzo. Do brązowiejącego masła dodać część listków szałwii, by oddały swój aromat i usmażyły się na chrupko. Gotowe listki wyciągnąć i odsączyć. Płynne masło przelać do pojemnika, dodać świeże liście, olej i sól, zblendować. Wymieszać z ugotowaną fasolą, serwować z chrupiącymi listkami jako samodzielne danie lub składnik obiadu.

Z żytnim na zakwasie i młodymi pędami fioletowych brokułów

Marcie dziękuję za inspirację :) Głupio się przyznać, ale do dzisiaj nie wiem, jak ona serwuje fasolę z masłem i szałwią ;)

sobota, 19 kwietnia 2014

Bezglutenowa tarta czekoladowa



D. się poskarżył, że wcale mu nie piekę ciast. Tylko raz do roku pozwalam mu zadecydować o jego ciecie urodzinowym. Trochę mnie to zdziwiło, bo wydawało mi się, że od czasu do czasu piekę coś 'tradycyjnego', żeby i jego zadowolić. Okazało się, że jemu jednak marzą się ciasta czekoladowe, a ja za nimi rzeczywiście nie przepadam. Kiedyś uwielbiałam brownies, ale zmieniło się to diametralnie, gdy pewnego lata prowadziłam kafejkę nad morzem, której stałym repertuarem było ciasto rabarbarowe i brownies. Przepisem na brownies byłam naprawdę zauroczona, ale pod koniec wakacji już nie mogłam na nie patrzeć. No i tak mi zostało do dziś. Podsunęłam jednak D. książkę '100 Best delicious Chocolate' i łaskawie pozwoliłam mu coś wybrać. Biedaczek nie mógł się zdecydować i postanowił otworzyć książkę na chybił trafił, i trafiło mu się ciasto z karmelem i mlekiem kondensowanym, na szczęście u nas niedostępnym. W związku z tym ja dostałam prawo wyboru, bo cokolwiek z czekoladą będzie dobre. A ja sprytnie wybrałam tartę na bezglutenowym spodzie, wypełnioną czymś na kształt zapiekanego musu czekoladowego. W przepisie było sporo cukru, którego bez problemu można było się pozbyć. U nas został jedynie kawałek, ale może ktoś skusi się i przygotuje je na święta? Jest naprawdę mało pracochłonne, spodziewałam się, że będzie trzeba się przy nim powyginać, ale robi się je w try miga. No i od biedy może udawać mazurka, jeżeli ozdobi się je migdałami, choć ja o mazurkach wiem niewiele ;) Ciasto zainteresowanemu smakowało niebywale, również koleżance, która przyszła w gościnę. A dla mnie, no cóż, było za bardzo czekoladowe ;)


Tarta czekoladowa
(20 cm średnicy)

2 kurze białka
100 g zmielonych migdałów (u mnie po połowie migdałów i orzechów laskowych)
4 łyżki mąki ryżowej (drobno zmielonego ryżu)
1-2 łyżki miodu (przy użyciu mlecznej czekolady można pominąć)
1 łyżeczka domowej esencji waniliowej

225 g czekolady (dowolnej, u nas pół na pół gorzka i mleczna)
4 kurze żółtka
1-2 łyżki esencji waniliowej
4 łyżki tłustej śmietanki
(przy użyciu gorzkiej czekolady można użyć miodu lub syropu klonowego do dosłodzenia, ale niekoniecznie, jak kto lubi:)

Piekarnik nagrzać do 160 stopni C. Okrągłą blaszkę lub formę do tart (użyłam takiej o niekarbowanym boku) wyłożyć papierem do pieczenia. Białka ubić na sztywno, delikatnie wmieszać migdały, mąkę ryżową, esencję i ewentualnie słodzidło. Masą wypełnić dno i boki foremki, piec 15 minut w nagrzanym piekarniku.

W tym czasie połamaną czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej (na garnuszku z gotującą się wodą ustawiamy miseczkę z połamaną czekoladą). Czekoladę odstawiamy i lekko studzimy, wbijamy żółtka, esencję, śmietankę oraz ewentualne słodzidło i energicznie mieszamy do połączenia składników. Masę wylewamy na spód tarty i pieczemy 20-25 minut. Wierzch tarty w czasie pieczenia należy przykryć folią aluminiową - ja takiej nie używam, i dlatego między tartę a górne grzałki piekarnika wstawiłam płaską blachę, a temperaturę pieczenia podkręciłam o 20 stopni.
Podawać po ostygnięciu, np.: z gałą lodów waniliowych.



No to radosnych!

Wielkanoc bez glutenu.

sobota, 5 kwietnia 2014

Talerz leśny

Dzisiaj zimno i pada za oknem. Za to na talerzu esencja wiosennego gaju i łąki. D, w pracy, więc miałam okazję kreatywnie się wyżyć nad aranżacją (popukałby się w głowę, gdyby to widział), no i jak zwykle trochę przesadziłam ;) Za to w kwestii smakowej - według mnie strzał w dziesiątkę, ale sami się przekonajcie!



Kotleciki z chwastami
(20 małych sztuk)

100 ml czarnej soczewicy (może być zielona)
150 ml kaszy jaglanej
3 łyżki uprażonych ziaren słoneczniku
ok. pół szklanki młodej pokrzywy i podagrycznika (objętość po lekkim ugnieceniu)
kilka listków czosnku niedźwiedziego - można zastąpić ząbkiem zwykłego czosnku
ulubione przyprawy: czarnuszka, tymianek, oregano, majeranek, kurkuma lub suszone pomidory
2 łyżki wody - w razie potrzeby

Soczewicę ugotować w większej ilości wody, odcedzić i ostudzić. Kaszę jaglaną lekko podprażyć w garnku, zalać podwójną ilością wody i gotować na małym ogniu pod przykryciem, do wchłonięcia wody.
Słonecznik uprażyć. Wypłukaną zieleninę zmiksować wraz z resztą ostudzonych składników i solą (w robocie, pojemniku do siekania od blendera). Masę lekko wyrobić ręką, formować małe kotleciki. Zrumienić na gorącym oleju z obu stron. Część kotlecików można włożyć do lodówki i usmażyć następnego dnia. Zjeść z ulubionym gulaszem warzywnym lub curry/

Emulsja fistaszkowa z przytulią

2 - 3 łyżki porządnego masła orzechowego (u mnie eko, mile widziane domowej roboty)
50 ml zimno-tłoczonego oleju rzepakowego
50 ml octu jabłkowego aromatyzowanego przytulią wonną (można zacząć od połowy ilości dodawać więcej w razie potrzeby, mój sos wyszedł pobudzająco kwaskowaty)
2 łyżki miodu leśnego (lub innego ciemnego, wyrazistego, np. gryczanego)

Wszystkie składnik zblendować na wysokich obrotach, w razie potrzeby dodać miodu lub masła orzechowego. Można przechowywać dłużej w lodówce, w razie potrzeby przed kolejnym użyciem można potraktować blenderem.


Sałatka

liście młodego mleczu
pędy maliny leśnej
młody podagrycznik
kwitnąca rzeżucha włochata
szczypiorek leśny

Zielone do sałatki można skompletować zupełnie dowolnie, w zależności od dostępności składników w sklepie na łące, lub znajomości poszczególnych roślin. Na blogu Herbiness dowiecie się, które zielska można spokojnie spożywać. Jeżeli poszukujecie przewodnika roślina jadalnych wraz z pomysłami na ich kulinarne wykorzystanie, to polecam 'Dziką Kuchnię' Łukasza Łuczaja.



Uwagi:

# Zielone składniki kotletów również można dowolnie zamienić, choć akurat pokrzywa i podagrycznik to akurat rośliny, które bardzo łatwo można wszędzie spotkać. Najlepiej zrywać je we własnym ogrodzie, na wsi, pod lasem, unikać szlaków notorycznie odwiedzanych przez czworonożnych przyjaciół człowieka.

# Podobny sos, aczkolwiek o innej konsystencji kilka razy wykonywałam w pracy, przy użyciu orzeszków ziemnych - nieprażonych i niesolonych, samemu się je wtedy praży w piekarniku. Można też użyć już prażonych orzeszków, a w ostateczności prażonych i solonych - choć warto je najpierw opłukać z nadmiaru soli. Z braku orzeszków w szafce (jak w tym przypadku), można użyć kupnego masła orzechowego, krótkie blendowanie nada sosowi konsystencję emulsji. Zamiast fistaszków można spróbować np. z orzechami laskowymi, wtedy to będzie zupełny las!

# Użyłam octu aromatyzowanego przytulią, bo ten modrzewiowy jeszcze nie naciągnął, a zależało mi na użyciu leśnych smaków. Przytulia spisała się w tym przypadku znakomicie, ale każdy inny żywy ocet (jabłkowy lub inny) również się tu nada.

# Jedliście kiedyś pędy maliny? Ja właśnie po raz pierwszy. Chwilę zajęło mi nazwanie wcześniej nieznanego smaku, ale w końcu określiłam go jako smak... grzybów leśnych. Oczywiście dużo delikatniejszy to smak, ale takie było moje pierwsze skojarzenie.

# Na łące znalazłam nieznane mi z nazwy roślinki, wyglądały jednak znajomo, poprzez swoje 'strączki nasienne'. Przyszła mi na myśl rukiew, coś rzeżuchowatego, rzepakowego, kapustnego ogólnie. Po spróbowaniu listka byłam pewna, że myślę w dobrym kierunku. Doszukałam się, że to najprawdopodobniej Cardamine hirsuta L., czyli rzeżucha włochata właśnie.

# Przy tej okazji przypomniało mi się również, że w zeszłym roku wprowadziłam niektórych z Was w błąd twierdząc, że przygotowałam sałatkę z kwiatami rzepaku. Właśnie w wyżej wspomnianej Dzikiej Kuchni odkryłam, że pomyliłam rzepak z rzepichą... Niby pora kwitnienia zupełnie się nie zgadzała, ale ten smak mnie zmylił. Błąd poprawiony!

# O podagryczniku można poczytać więcej tutaj, polecam dołączyć go do swojej diety.

Gâteau Marcel

W grudniu zapowiadałam przepis na ten czekoladowy cud, ale w grudniu mi to nie wyszło. Grudzień w ogóle był raczej do niczego. Kończeni...