Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alergia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alergia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2013

Letnia tarta owocowa


Wdech i wydech. Nic trudnego.
Wdech, niezauważalnie powietrze wpływa do płuc.
Wydech, cichutko je opuszcza.
Prościzna.
Siedem miliardów ludzi oddycha razem z Tobą.
Przewiń, stop...
Chyba jednak nie do końca.
Są też tacy, którzy o każdy oddech muszą walczyć.
Jest taki jeden Groszek, któremu każdy wdech przychodzi z trudem.
Dlatego to jemu dedykuję każdy swój oddech, który ja mogę wykonać samodzielnie.
Dzisiaj, jutro, wczoraj.
Więc: głęboki wdech i długi wydech, dla Roszka.
A kto może, niech dołączy.
Dziękuję.

**************






Kiedy zobaczyłam tę tartę w dniu swoich urodzin wiedziałam, że ją zaserwuję swoim gościom. Kiedy przyszło co do czego, to spód tarty sromotnie spaliłam, zaczytując się w mailu od Z :) A, że zużyłam wszystko co miałam do pierwszego spodu, to drugi spód mocno improwizowałam. Nie będę ukrywać, że perfekcyjny nie wyszedł - wg mnie mógłby być trochę mniej twardy - więc wspominać o nim nie będę. Proponuję upiec ulubiony kruchy czy półkruchy, sprawdzony spód.

Dla tych, którzy są jednak zainteresowani spodem bez pszenicy z oryginalnego przepisu, recepturę podaję.


Tarta z owocami jagodowymi
wg Green Kitchen Stories

Spód:
240 ml płatków owsianych (mogą być bezglutenowe)
120 ml mąki migdałowej/mielonych migdałów
2 łyżki skrobi ziemniaczanej
1/4 łyżeczki soli morskiej
3 łyżki oleju kokosowego lub masła
2 łyżki syropu klonowego lub miodu



Wypełnienie:
2,5 szkl. owoców jagodowych (użyłam mrożonych malin, borówek i truskawek do pieczenia oraz świeżych borówek na wierzch)
1-2 łyżki syropu klonowego lub miodu
1 łyżka soku z cytryny + skórka otarta z połowy owocu
2 łyżki posiekanej świeżej mięty + plus kilka listków do dekoracji




Rozgrzej piekarnik do 180 stopni C.

Połącz wszystkie suche składniki w jednej misce, wyrób ciasto z użyciem tłuszczu i słodzidła. Zawiń w folię i odstaw do lodówki na ok. 30 min.

2 szklanki owoców połącz z syropem/miodem i miętą, odstaw do przeniknięcia się smaków. Jeżeli używasz mrożonych owoców, nie pozwól, by się nadmiernie rozmroziły. Pozostałe pół szklanki świeżych owoców zachowaj na koniec.

Ciastem wyklej 20cm formę do tart, spód nakłuj widelcem, włóż do piekarnika na ok. 10 min. Po tym czasie wyciągnij z piekarnika i wypełnij środek przygotowanymi owocami, piecz ok. 35 min, lub do zarumienienia się ciasta. Po wyciagnięciu z piekarnika wierzch posyp świeżymi owocami i listkami mięty. Podawaj na ciepło lub po wystygnięciu, w ewentualnym towarzystwie gęstego jogurtu, lodów, a może bitej śmietany?











sobota, 20 lipca 2013

Miss Muffin


Dlaczego Miss Muffin? Bo to zdecydowanie najzdrowsze  muffiny, jakie do tej pory upiekłam. Próbowałam wcześniej muffin wegańskich, bez cukru i bez glutenu, ale rezultaty były godne pożałowania. Równocześnie miałam przeczucie, że ten przepis na ciasto daktylowe da się przerobić na muffiny. Dodatkowo postanowiłam je pozbawić jajek, ale można też ich użyć zamiast siemienia i wrzątku, jeśli ktoś ma ochotę (w ilości 3). W miejsce rodzynek lub moreli można użyć suszonych fig, też się uda.

Miss muffiny
(13 średnich sztuk)

220g orzechów (użyłam laskowych i migdałów)
500g suszonych owoców (użyłam po 200g daktyli i moreli, oraz 100g rodzynek)
80g oleju (np. nierafinowanego rzepakowego)
3 łyżki siemienia lnianego + 150ml wrzątku
100g płatków jaglanych (można użyć owsianych lub ryżowych)
1 łyżeczka karobu
2 łyżeczki sody do pieczenia
4 łyżki esencji waniliowej

Orzechy namoczyć na noc, następnego dnia przepłukać i lekko przesuszyć.
Piekarnik nagrzać do 180 stopni C.
Siemię lniane zalać wrzątkiem, odstawić na min. 20 min. Owoce zalać wrzątkiem na ten sam czas. Użyłam świeżych daktyli, więc te należało jedynie wypestkować.
Owoce odcedzić i morele posiekać w mniejsze kawałki. Owoce, olej i siemię lniane zblendować na mniej więcej gładką masę. Dodać pozostałe składniki i zmiksować. Ciasto przekładać do foremek na muffiny, piec ok. 25-35 minut.
Są sycące, wilgotne, nie wysychają. Po kilku dniach są jeszcze lepsze.


środa, 10 lipca 2013

Bezglutenowe mufiny na plażę.

Niedziela na plaży była całkiem udana, jeszcze kilka takich wypadów i może nawet poczuję się choć trochę wakacyjnie. Na pewno pomoże w tym sezon grillowy, który wczoraj zainaugurowaliśmy. Pięć minut spacerem od nas rozciągają się trawiaste łąki, wysokie chaszcze i dzikie czereśnie. Jest też z lekka śmierdlawa rzeczka, w której moczenia nóg bym nie poleciła. Ale pięknie jest nawet czasami. W planie mamy grillowane kolacje do oporu, nawet z tej okazji kupiliśmy mini-grilla. Nasz pierwszy mini-grill, prawie jak nasz pierwszy samochód czy dom z ogrodem.
Ale wracając do niedzielnego plażowania...
Było całe 21 stopni, prawdziwe tropiki...
W ramach prowiantu były bezglutenowe mufiny wytrawne wg przepisu z "The Green Kitchen". D. zrobił gryza i stwierdził, że zapomniałam posłodzić. Na szczęście pojawili się Inese i pluszowy niedźwiadek Rodrigo, którzy na brak słodyczy nie narzekali. Rodi jest co prawda "wegetarianinem na oliwki" i te musiała mu wyjeść mama, ale i tak zjadł więcej niż D.
Moje mufiny trochę mało wyrosły, bo miałam jedynie końcówkę sody i ani grama proszku do pieczenia. Poleciłabym również uważać z solą, bo ser i oliwki swoje robią. Mufiny są całkiem fajnie, szczególnie na wypiek bezglutenowy ;) Moje wyszły trochę "szorstkie", ale to głównie dlatego, że sama ryż zmieliłam na mąkę, a mój młynek nie mieli na całkiem miałko.


Wytrawne mufiny bezglutenowe wg The Green Kitchen
(12 średnich sztuk, 16 małych)

130g surowej kaszy jaglanej (użyłam płatków jaglanych)
125g mąki kukurydzianej (użyłam kaszki)
125g mąki z brązowego ryżu (sama zmieliłam)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka soli (polecam mniej)
3 jajka, rozbełtane
225 ml jogurtu własnego wyboru (użyłam krowiego)
120ml nierafinowanej oliwy z oliwek
3 łyżki oliwek kalamata, bez pestek, przekrojonych w pół
200g sera feta w grudkach (użyłam owczego)
listki z 3 gałązek oregano

Piekarnik nagrzać do 180 stopni C.
Jeżeli używamy kaszy jaglanej, należy ją najpierw zalać wrzątkiem (ok.pół szklanki) i odstawić na 5 min. w celu zmiękczenia i pozbawienia gorzkiego smaku. Następnie przepłukać w zimnej wodzie. Używając płatków jaglanych można je zmielić w młynku lub lekko rozdrobnić ręcznie. W jednej misce wymieszać suche składniki, w drugiej mokre, a następnie wszystko połączyć. Na koniec dodać oliwki, ser i oregano i lekko wmieszać. Wykładać po dwie kopiaste łyżki do foremki, piec ok. 20 min, do złotego koloru. Ponoć najlepsze jeszcze na ciepło, ale jak dla mnie całkiem fajnie sprawdzają się na wynos.

W wersji wegańskiej:
należy użyć jogurtu roślinnego, pominąć fetę, a jajka zastąpić nasionami chia. 3 łyżki nasion chia zalać 100ml wody, wymieszać i wstawić do lodówki na 15 min. Następnie dodać do mokrych składników.
Według mnie (choć nie próbowałam), nasiona chia można tu z powodzeniem zastąpić siemieniem lnianym, należy je jednak zalać gorącą wodą i być może zostawić na 30 min do nasiąknięcia, w temperaturze pokojowej.

Nie mogę się powstrzymać i dorzucam jeszcze zdjęcia pluszowego Rodrigo, który na plaże przyszedł w futrze.







Inese przyszła bez futerka, ale za to w twarzowym kapeluszu.


niedziela, 26 maja 2013

Makaron z surowej cukinii.

W końcu zaczęłam eksperymentować z surowym makaronem, czyli makaronem warzywnym. Zaczęłam od szparagów i efekt był naprawdę piorunujący. Jak tylko dorwę gdzieś oba rodzaje szparagów na raz, to koniecznie będę chciała je odtworzyć. Tymczasem moje pierwsze podejście do cukinii. Z efektu byłam zadowolona, aczkolwiek porównując je do szparagów, to wypadły raczej blado. Zresztą zależy kto co lubi, wiadomo.
Do robienia makaronu z warzyw przyda się dobra obieraczka. Do makaronu wstążek wystarczy taka najzwyklejsza, do spaghetti potrzeba takiej z ząbkami. Całkiem przez przypadek zostałam posiadaczką tej z ząbkami, chociaż długo nie za bardzo wiedziałam, do czego ona służy. Znajomi się kiedyś wyprowadzali z Danii i dostałam od nich kilka mniej lub bardziej przydatnych rzeczy, również tę obieraczkę. Zdaje się, że oni nigdy nie wykombinowali do czego ona może służyć (dostali ją od kogoś). Fachowo nazywa się to obieraczka julienne. Na rynku są też dostępne różne specjalne spiralne krajalnice i tarki, ale to raczej dla zbieraczy gadżetów. Na upartego można też się pobawić nożem.


Makaron z cukinii z salsą z awokado

1 mała cukinia
nierafinowany olej rzepakowy
ząbek czosnku
2 szczypty majeranku
sól do smaku

salsa:
1 pomidor
pół awokado 
świeża bazylia
kilka kropli soku z cytryny
1 łyżka oleju nierafinowanego rzepakowego
(posiekana cebula też by się nadała, ja pominęłam)

Cukinię umyć i obrać na makaron. Czosnek drobno posiekać lub wycisnąć, wymieszać z olejem, solą i majerankiem. Dodać do cukinii, rozprowadzić i odstawić na 20 minut.
Przygotować niby salsę:
Pomidora pokroić w drobniejszą kostkę, awokado w kostkę, paski lub kółeczka, dodać posiekaną bazylię, sok z cytryny, olej (ewentualnie szczyptę soli). Salsę podawać na makaronie, można posypać solonym serem owczym (wtedy pominąć sól w salsie).
Można podawać jako samodzielne danie, można jako trochę inną sałatkę.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Łatwe i zdrowe krakersy.

Jeszcze jedna propozycja z "The Green Kitchen".
Tym razem krakersy, takie jakie lubię najbardziej: bezglutenowe i wegańskie.
Zdrowe, smaczne i chrupiące - czy można prosić o coś więcej w kwestii krakersów?
I w dodatku dużo łatwiejsze, czy może mniej pracochłonne w przygotowaniu od  naszych ulubionuch dotychczas krakersów.



Orange-kissed Seed Crackers
(przepis pochodzi z "The Green Kitchen")

60 g nasion słonecznika
60 g nasion niełuskanego sezamu
40 g siemienia lnianego, zmielonego
60 g nasion konopii (częściowo zmielonych)
100 g mąki z amarantusa (zmielonego amarantusa)
1 łyżeczka soli (w książce było 1,5)
60 ml oliwy z oliwek (ja przez roztrzepanie nie dodałam, dolewałam za to wody)
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1 łyżka syropu klonowego (lub miodu)
300 ml wody

Ja swoje nasiona mielę sama, ale np. te nasiona konopne są tak tłuste, że mi zatkały młynek, więc ich wszystkich nie zmieliłam. Jeżeli ktoś używa łuskanych nasion konopnych - tych bym nie mieliła.
Wszystkie składniki (poza sokiem z pomarańczy i syropem) razem wymieszać. Można zachować garść nasion do posypania, lub później zrobić nową mieszankę. Masa powinna być luźna, jeżeli nie jest, można dodać trochę wody. Na blachę piekarnikową wyłożyć papier do pieczenia, a na nim rozsmarować masę szpatułką, cienko i równomiernie. Można też, tak jak ja, masę przykryć drugim arkuszem papieru i rozwałkować wałkiem, papier usunąć.
Piec 25 minut w 150 stopniach C, wyciągnąć z piekarnika i posmarować mieszaniną soku i syropu klonowego. Posypać nasionami (u mnie siemię, chia, czarnuszka i nasiona dyni, ale sypałam przed pierwszym pieczeniem) i pokroić w kwadraty, piec jeszcze ok. 30 minut, lub do czasu, aż staną się chrupkie.
Można przegryzać na sucho, można  też z różnymi pastami (np. soczewicową albo bobową).
Malowanie sokiem z syropem można oczywiście pominąć, ja pomalowałam i prawie nic później nie wyczuwałam.

piątek, 29 marca 2013

Gryczanka śniadaniowa.

Wszystko było już na dobrej drodze: od tygodnia słońce, a temperatura pozwalająca ściągnąć czapkę i szalik. Co prawda zapowiedziano na dzisiaj dzień pochmurny, ale czego nie zapowiedziano to opady śniegu...
Na taką zmianę pogody tylko miseczka surowej gryczanki może pomóc.



Surowa gryczanka śniadaniowa
(1 porcja)

pół szklanki niepalonej gryki namoczonej na noc
ok. 150 ml domowego mleka sezamowego (nie cedzonego)
garść owoców jagodowych (u mnie mrożone borówki, żurawina i jeżyna)
1 łyżka syropu klonowego (z agawy, miodu)
do posypania: kruszone ziarno kakaowca, proszek maca, pyłek pszczeli

Mleko sezamowe

100 ml niełuskanych ziaren sezamu 
woda do namaczania
1 łyżka octu jabłkowego/ soku z cytryny

Sezam namoczyć w wodzie z dodatkiem octu jabłkowego/soku z cytryny.
Następnego dnia wypłukać pod bierzącą wodą. Namaczanie sezamu w czymś kwaśnym ułatwia jego trawienie i uwalnia od kwasu szczawiowego, który wiąże wapń w organizmie - a tego nie chcemy, sezam zawiera więcej wapnia niż mleko krowie i jaja. Wyczytane na Earthsprout.

namoczony sezam
300 ml wody
1-2 daktyle

Sezam zblendować z połową wody (zbyt duża ilość wody utrudnia blendowanie ziaren). Dodać daktyle i resztę wody, zblendować. Można, ale wcale nie trzeba przecedzać, mleko będzie miało kolor bury. Część użyć do gryczanki, resztę do koktajlu owocowego.

Opłukaną kaszę gryczaną zalać mlekiem sezamowym, dodać rozmrożone/świeże owoce. Polać syropem.
Posypać ulubionymi zdrowymi posypkami (u mnie ziarno kakaowca, proszek maca, pyłek pszczeli). W wersji wegańskiej pominąć pyłek pszczeli.

Po wymieszaniu.

Inny sposób śniadaniowy na surową kaszę znajdziecie tutaj.
I jeszcze zeszłoroczne krokusy analogowe, bo tegorocznych nie widziałam...






wtorek, 26 marca 2013

Pizza bez glutenu, za to z kalafiorem!

Nie wiem jak Wy, ale ja mam ferie wielkanocne :) Może uda mi się w tym czasie dodać wszystkie przepisy, które się ostatnio nagromadziły. Planuję też dwa dłuższe wpisy, mam nadzieję, że mi się to uda. Świątecznych przepisów raczej nie planuję, ale chyba po raz pierwszy w życiu zrobię żurek.



Dzisiaj wspominana już wcześniej pizza kalafiorowa z The Green Kitchen.
Ci, którzy się spodziewają cieniutkiego, chrupiącego spodu - na pewno się zawiodą.
D. stwierdził, że to nie smakuje jak pizza. Może i nie, ale smakuje całkiem dobrze mimo wszystko :)
Tylko nie jestem pewna czy to ja mam pecha, czy coś źle odmierzyłam, a może moje jajka były zbyt duże (a były średniej wielkości), ale według mnie tych jajek w przepisie jest zbyt dużo. Następnym razem użyję dwóch, nie trzech. Tym razem wrzuciłam wszystkie na raz i ciato było dużo za rzadkie. Niby ma być rzadsze i zupełnie inne niż to normalne, ale to moje nawet nie dało się uformować w kulę. Zaczęłam dodawać mąki z kasawy (można zastąpić inną bezglutenową mąką) i musiałam jej dodać 8 łyżek, żeby się dało zagnieść.
Podobnie było z zamiennikiem jajka. Autorzy w książce podają proporcje wody i nasion chia, ja spróbowałam zamienić chia na siemię lniane i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Tym razem dodawałam mieszanki stopniowo i wyszło na to, że dodałam 2/3 przygotowanego żelu, co zgadzałoby się z moimi obliczeniami względem zmniejszenia ilości jajek. Niestety mojego eksperymentu z siemieniem nie mogłam doprowadzić do końca... bo po prostu spaliłam tamten spód :( Wiem za to, że na pewno za bardzo spłaszczyłam tamtą pizzę, była prawie tej samej wielkości co ta na jajkach (ok. 30 cm), a tamta miała przecież o 8 łyżek mąki z kasawy więcej. Także uczcie się na moich błędach :)
Tak sobie teraz myślę, że może kalafiora źle odmierzyłam, bo nasypałam go do miarki luźno, bez ugniatania. I w sumie jeden kalafior starczył mi na dwa spody, a nie tak jak w przepisie na jeden. Też tak mogło być, następnym razem się przekonam. Ale chcieliście, to macie :)
 Przepis podaję według książki, jednak w nawiasach dodam moje uwagi.


Kalafiorowy spód na pizzę

bukiety z jednego kalafiora
80 g zmielonych migdałów
1 łyżka suchego oregano (dałam łyżeczkę)
sól i świeżo mielony pieprz do smaku
3 rozbełtane jajka (dodawałabym osobno, 2 mogą wystarczyć)

 W wersji wegańskiej:

30g nasion chia /siemienia lnianego
175 ml  (ciepłej) wody
Wymieszać i odstawić na 15-30 min.
Dodawać po 50 ml, u mnie wystarczyło 100 ml (zostało 50ml)

Piekarnik nagrzać do 200 stopni C.
Migdały zmielić lub rozdrobnić w blenderze.
Kalafiora podzielić ma bukieciki, ewentualnie trochę posiekać, rozdrobnić w blenderze/malaskerze do konsystencji drobnej kaszy (kukurydzianej). Migdały, 600 ml kalafiora i przyprawy wymieszać razem, dodawać jajka cały czas ugniatając. Ciasto będzie luźne i klejące, ale powinno dać się uformować w kulę. Następnie, na arkuszu papieru do pieczenia, ciasto rozpłaszczyć i uformować w okrągły spód, o grubości trochę mniejszej niż 1 cm. Brzegi spodu nieco podnieść. Przy pomocy płaskiej deski do krojenia (lub samej blaszki) przełożyć spód na blachę i piec 25 - 30 minut (piekłam do złotego koloru). Po tym czasie wyciągnąć, rozprowadzić na spodzie sos pomidorowy i wyłożyć ulubione produkty wierzchnie (które można wcześniej podsmażyć). Piec jeszcze 5-10 minut, do roztopienia sera.

Pizza smakuje zupełnie inaczej niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni, tradycjonaliści mogą być zawiedzeni. Ci, którzy oczekują nowych smaków - zawiedzeni raczej nie będą :)
Byłam zaskoczona, bo pizza bardzo dobrze się kroi, nie kruszy i nie łamie, kawałki można jeść z ręki.
No to macie tajemniczą pizzę bez mąki na stole :)


środa, 27 lutego 2013

Co dzisiaj zjesz na śniadanie?


Ja stawiam na surową kaszę gryczaną z kisielem jagodowym bez gotowania...




Dwie garści niepalonej kaszy gryczanej namocz na noc.
Jagody ze słoiczka (ok 300g) wymieszaj z dwiema łyżkami nasion chia, 100 ml wody i sokiem z jednej czerwonej klementynki/połowy pomarańczy. Wstaw do lodówki na noc.

Rano zblenduj jagody, kisiel gotowy.
Kaszę gryczaną odcedź i przepłucz.
Oba składniki wyłóż do 2 szklanek, po jednej łyżce, naprzemiennie.
Kisiel można zjeść też śmiało bez kaszy!

Uwagi: Jagody pasteryzowałam z ekologicznym cukrem trzcinowym, więc nie musiałam ich dosładzać. Jeżeli Twoje były pasteryzowane bez słodzenia, przyda się odrobina np. syropu z agawy, do smaku. Można też użyć mrożonych jagód, wtedy również należy je lekko dosłodzić.
Sok z klementynki/pomarańczy można zastąpić 1-2 łyżkami soku z cytryny.
Pomysł na namaczanie kaszy gryczanej pochodzi z Green Kitchen Stories.




niedziela, 24 lutego 2013

Kokosowa czekolada na zdrowie.

Od kiedy zaczęłam eksperymentować z niestandardowymi napojami kakaowymi, tradycyjne kakao wydaje mi się po prostu nudne. Opcji jest niesłychanie wiele: można używać różnych rodzajów mleka roślinnego, dodawać coraz to inne dodatki, dosładzać na różne sposoby. Można na ciepło i można na zimno. A w dodatku jest to całkiem zdrowy napój, pod warunkiem oczywiście, że użyjemy produktów dobrej jakości.
A oto zapowiedziany pomysł na to, jak wykorzystać właśnie co przygotowane mleko kokosowe.
Przepis oparty na Superfood Haute Chocolate  Sary Britton, z moim małym twistem.
Ostatnio zaopatrzyłam się w proszek maca, jest to korzeń bardzo prozdrowotnej andyjskiej roślinki. Więcej informacji w podanym poniżej linku, a ja dla zachęcenia powiem tylko, że jest to specyfik używany (również) jako afrodyzjak :) Zwiększa libido zarówno u kobiet, jak i mężczyzn.



Kokosowa czekolada na zdrowie

duży kubek mleka kokosowego
2 łyżeczki dobrego kakao (użyłam Valrhona, można użyć surowego)
1 łyżeczka kruszonych nasion kakaowca
1 łyżeczka proszku maca (info)
szczypta imbiru
szczypta chilli
2 szczypty cynamonu
pół łyżeczki esencji waniliowej (domowej)
1 dojrzały banan

Wszystkie składniki zblendować i podgrzać do temperatury 40 stopni C.
W ten sposób zachowujemy wszystkie lecznicze właściwości składników.
Banan pełni tu rolę zarówno zagęszczającą jak i słodzącą, dlatego ważne jest, by był dojrzały.
Polecam eksperymentować z różnymi wariantami smakowymi.
Smacznego i na zdrowie!

 

Przepis dołączam do Czekoladowego Weekendu, którego w tym roku cudem nie przegapiłam :)


sobota, 16 lutego 2013

Mus czekoladowy i apel dla Roszka.

I choć powody do ewentualnego powrotu do ojczyzny maleją z każdym dniem, to jest kilka innych powodów, w związku z którymi często ubolewam nad tym, że mnie tam jednak nie ma.
Te powody mają różne imiona, by nazwać kilka, wymienię niektóre z nich: Roszek, Bazyli, Staś, Zuzia, Mikołaj i Tytus. Lista rośnie z każdym rokiem :) To dzieci moich najbliższych, jeszcze licealnych przyjaciół. Są to dzieciaki niezwykłe, cudowne, najlepsze na świecie po prostu! Z utęsknieniem wyczekuję na ich nowe zdjęcia czy historie z ich życia. Chciałabym być bliżej i móc tego doświadczać z bliska. I chciałabym, żeby te dzieciaki mnie znały, bo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że o takich wizytach raz na rok, czy nawet rzadziej, to małe dzieci szybko zapominają...
 Dzisiaj chciałabym się zwrócić do Was z małą prośbą. Jest to prośba do wszystkich tych, którzy płacą swoje podatki w Polsce i jeszcze nie zdecydowali, na co przeznaczyć swój 1%. Wiem, że przydałby się on bardzo m.in. Roszkowi. Roszek to synek moich drogich przyjaciół, Magdy i Piotrka, którego już bardzo niedługo czeka druga, bardzo poważna operacja. Rosiu urodził się z Zespołem Downa i nieprawidłowo rozwiniętym sercem, które trzeba naprawić. Więcej informacji o Groszku znajdziecie na jego nowym blogu, tutaj http://groszekroszek.wordpress.com/ :)





Załączam też bezpośredni apel Rodziców Rocha, wysłany do przyjaciół na początku tego roku (data operacji po raz kolejny została przesunięta). I z całego serca się do niego przyłączam.


Kochani nasi Przyjaciele bliżsi i dalsi :)
Serdecznie dziękujemy Wam za całą pomoc, jaką otrzymujemy od Was tak często. I nie mamy na myśli tylko pomocy finansowej (1% podatku), ale też dobre słowa, wsparcie psychiczne, po prostu cichą przy nas obecność :)
Nadzsedł nowy rok - dla nas będzie to chyba rok najtrudniejszy, bo wielkimi krokami zbliża się nareszcie operacja Roszkowego Serduszka (wstępny termin przyjęcia to 28 stycznia). Bardzo się boimy tego zabiegu, bo będzie bardzo ryzykowny i WSZYSTKO może się zdarzyć, ale tez wiemy, że nie ma innej drogi... Dzięki tej operacji serduszko Roszka zostanie naprawione i będzie pracowało tak, jak zdrowe. Oczywiście zawsze już będzie słabsze, być może w przyszłości będą czekać nas kolejne reoperacje (poprawki)... Roszek jest pogodny jak zawsze, jego stan jest zadowalający. Rozwija sie wolniej niż zdrowe dzieci, bo przez częste pobyty w szpitalach i choroby zaniedbaliśmy zajęcia ze specjalistami. Mamy nadzieję, że z naprawionym, serduszkiem Roszek wróci do przedszkola i ruszy do przodu :)
Dziękujemy Wam raz jeszcze i życzymy spokoju w tym nowym roku, ale przede wszystkim MIŁOŚCI I ZDROWIA :) 
Jednocześnie prosimy - nie zapominajcie o nas. Wasze wsparcie jest dla nas bardzo ważne. Wysyłamy w załączniku plakat Roszka - można go posłać dalej, im więcej osób go dostanie tym lepiej. Pamiętajcie, żeby przekazać komuś swój 1% podatku - jeśli nie Roszkowi, to innym potrzebującym, a jest ich niestety WIELE...
Dziękujemy zatem i prosimy o jeszcze :)
Magda, Piotrek, Roszek i Bazylek Konieczni
Dla Was wszystkich wiersz ks. Twardowskiego:

WDZIĘCZNOŚĆ

 
"Jest taka wdzięczność kiedy chcesz dziękować
lecz przystajesz jak gapa bo nie widzisz komu
a przecież sam nie jesteś płacząc po kryjomu...

kiedy żyć nie wypada a umrzeć nie wolno

jest taka wdzięczność kiedy chcesz dziękować
za to że niosą ciebie nieznane ramiona
a to czego nie chcesz najbardziej się przyda"


***************


A gdybym ja była trochę bliżej, to robiłabym Rosiowi (i bratu Bazylowi oczywiście też) taki oto mus czekoladowy. Z awokado i banana. Ale tylko wtedy, gdy są całkiem zdrowi, bo na przeziębienia nie polecam ani bananów, ani awokado (oba owoce mają właściwości wychładzające). Dla równowagi dodałabym też po szczypcie rozgrzewających przypraw. I miałabym nadzieję, że zjedzą ze smakiem.
Bo czy chłopaki w ogóle lubią czekoladę?

Wiem, wiem, na blogosferze roji się od takich musów, ale nie wszyscy żyją blogosferą :) Przedostatnio robiłam prawie taki, potem kolega poczęstował mnie takim bez awokado a z sokiem pomarańczowym. I przy okazji przypomniałam sobie, że lata temu w Szkocji, kiedy odkryłam, że bardzo lubię awokado, zajadałam się deserową sałatką owocową: banan, awokado i sos czekoladowy. I naprawdę szalałam za tym połączeniem smakowym. Wracam więc do starych smaków, tym razem jednak w zdrowszej wersji :)





Czekoladowy mus z awokado i banana
(2 małe porcje)

1 duży, dojrzały banan
1 duże, miękkie awokado
sok z 1 mandarynki lub połowy pomarańczy
1 kopiasta łyżeczka ciemnego kakao (u mnie Valrhona, można zamienić na surowe)
1-2 łyżki syropu klonowego (z agawy, miodu lub 2-3 miękkie daktyle)
szczypta cynamonu i suszonego imbiru

ok. 1 łyżeczki kruszonego, surowego ziarna kakaowca (lub wiórków kokosowych)

Wszystkie składniki blendujemy na mus, posypujemy ziarnem kakaowca, podajemy w temperaturze pokojowej.






sobota, 2 lutego 2013

Kakao na zimno i bez mleka.


Trochę rzadko bywam w domu ostatnimi czasy, więc narobiło się trochę zaległości. Zapewne jeszcze się ich trochę narobi, bo ostatnio wzięłam na siebie nowe obowiązki i będę musiała im poświęcić większość swojego czasu, żeby to wszystko miało jakiś sens. Nie będzie bezboleśnie i nie będzie "mimochodem", choć do końca wierzyłam, że może jednak się uda ;)


W zeszłym tygodniu został mi polecony pewien film, 'Forks over Knives', czyli 'Widelce zamiast noży'. Obejrzałam go z zaciekawieniem, chociaż jednak bez większego zdziwienia. Tych, którzy widzieli wcześniej 'The Gerson Miracle' (link w tym poście) albo zetknęli się z terapią Gersona, film ten nie zszokuje. Gerson kilkadziesiąt lat wcześniej doszedł do podobnych wniosków, i spotkał się z podobnym przyjęciem... Rak jest uleczalny i należy mówić o tym głośno. Co więcej, zarówno rakowi jak i całej masie chorób cywilizacyjnych można zapobiegać.
Film znalazłam tutaj, niestety bez polskich napisów. A wiecej informacji jak również ciekawych przepisów znajdziecie na stronie www.forksoverknives.com. Nas też to dotyczy, Polacy są obecnie najszybciej tyjącym narodem w Europie. Ponoć nawet tyjemy szybciej niż Amerykanie...

Sama jeszcze jadam produkty pochodzenia zwierzęcego, ale coraz bardziej mi się odechciewa. Tym bardziej, że bezmleczne 'kakałko' jest naprawdę pyszne!



Bezmleczne kakao orzechowe na zimno

1 szklanka orzechów włoskich namoczona na noc
700ml wody
2-4 daktyle
1 łyżka sezamu
1 łyżka kruszonych ziaren kakaowca
1 łyżeczka prawdziwego kakao (np. Valrhona lub jakieś surowe)
2 kostki gorzkiej czekolady (ewentualnie)
pół łyżeczki karobu (ewentualnie)

Świeżo wyłupane orzechy włoskie zalać ok. 3 szklankami wody na noc.
Następnego dnia przecedzić i przepłukać, przełożyć do blendera (może być stojący lub ręczny).
Zalać wodą i zblendować wszystkie kawałki orzechów. Przecedzić przez jedną warstwę tetry ('mleko' będzie bardziej gęste, tego co zostało nie wyrzucać, w następnym wpisie będzie o tym, jak można taką pulpę sprytnie wykorzystać). Do mleka dodać daktyle, sezam, kawałki kakaowca (lub rozbić je wcześniej w moździerzu, mój blender ich nie chwytał) i kakao lub czekoladę. Albo karob. Zblendować i rozlać do szklanek. Pić z uśmiechem na twarzy.

I naprawdę polecam spróbowanie produkcji własnego mleka roślinnego, to naprawdę łatwe i dużo zdrowsze niż mleko z kartonów. Dla zachęty wklejam filmik Sary B. z My New Roots. Sarah filmiki zrobiła tylko dwa, (pierwszy o gotowaniu komosy już Wam pokazywałam), ale oba wyszły jej cudownie.



piątek, 4 stycznia 2013

Budyń chia - bez gotowania.




Codziennie, no może co drugi dzień, uczę się czegoś nowego o odżywianiu. Ale to i tak mało, bo stare nawyki i zwykłe lenistwo ciężko zwalczać... Wiem, że jestem na dobrej drodze, ale droga ta długa i kręta jest ;) Dzisiaj boli mnie coś tu, a jutro kłuje coś tam. Nie jestem na nic chora, przynajmniej nic o tym nie wiem. Ale choróbska wychodzą zwykle po latach, więc jeszcze mam czas, żeby coś w tym temacie zmienić. Na szczęście wiedza na temat związku żywienia ze zdrowiem jest coraz bardziej popularyzowana. I tu się kłaniam Smakoterapii za szerzenie inspiracji i podrzucanie ciekawych linków. Podaję dalej:



A dla poszukiwaczy alternatywnych słodyczy: budyń bez budyniu. Bez żadnego mleka nawet!
A to dzięki nasionom szałwii hiszpańskiej (chia). Już wcześniej odsyłałam do tego linku, ale kto wcześniej nie czytał teraz ma szansę dowiedzieć się jakie to sprytne nasionka.
Pomysł na przepis pochodzi stąd i jest autorstwa Agi Starzyńskiej, ja go dostosowałam do własnego smaku (karob tak, ale w małych ilościach), w nawiasach podaję oryginalne proporcje.

Czekoladowy budyń chia
2 porcje

6 łyżek nasion chia
340 ml zimnej wody
3 duże daktyle
1-1,5 czubatej łyżki dobrego kakao (była 1 łyżeczka)
1 łyżeczka karobu (1,5 łyżki)
surowe kruszone kakao i nasiona konopii do dekoracji (jagody goji)

Nasiona chia umieścić w naczyniu do blendowania i zalać wodą i odstawić na 20-30 min, w międzyczasie przemieszać. Dodać daktyle i zblendować na gładko (potrzebny dobry  blender, ewentualnie można nasiona najpierw zmielić lub rozetrzeć w moździerzu), następnie dodać kakao i karob, zmiksować do połączenia składników. Przełożyć do 2 małych naczyń i posypać kruszonym kakao i/lub nasionami konopii.


Tymczasem wybywam do kuchni zrobic prawie taką pastę z buraków :)

piątek, 21 grudnia 2012

Pierniczki inaczej - bezglutenowo i wegańsko



Jaka szkoda, że nie wszystkie moje (bezglutenowe) eksperymenty wychodzą tak wyśmienicie. Właśnie cała blaszka kasztanowo-gryczanych ciasteczek wylądowała w koszu...
 Z tych pierniczków jestem jednak bardzo zadowolona, więc polecam je zarówno bezglutenowcom czy też innym alergikom, jak i weganom. Ja się co prawda do żadnej z grup nie zaliczam, a pierniczki zajadam bez wyrzutów sumienia (nie zawierają również cukru).
 Zachciało mi się pierników z karobem, i przy okazji chciałam wypróbować nasiona szałwii hiszpańskiej jako zamiennika jajek. A jak już bez jajek, to dlaczego nie bez masła i miodu? Została mi też resztka mixu bezglutenowego, której użyłam w ostatnim chlebie bezglutenowym.
Jeżeli nie używacie gotowych miksów bezglutenowych, polecam przepis Iwony ze Smakoterapii na "najpysniejse" pierniczki dla alergików :)

Trochę inne pierniczki

400g mixu bezglutenowego (mój mial w składzie ryż, tapiokę, skrobię ziemniaczaną, grykę, karob i gumę Xantham)
1 łyżka karobu
1 czubata łyżka przyprawy do piernika (takiej jak ta, plus lawenda)
2 łyżki nasion chia
6 łyżek zimnej wody
60 ml oleju (u mnie rzepakowy nierafinowany)
ok. 300g musu z daktyli (lub więcej)
1 czubata łyżka stewii
1 łyżeczka sody oczyszczonej

Nasiona chia wymieszać z wodą i odstawić na 20 min.
Piekarnik nagrzać do 170 stopni.
Miękkie daktyle zblendować z odrobiną wody.
Wszystkie składniki wymieszać i wyrobić (użyłam malaksera).
Powinno być bardzo plastyczne, jeżeli jest za rzadkie lub się klei, dodać łyżkę mąki (w miarę potrzeby więcej). Przełożyć na blat lekko wysypany mąką, rozwałkować na grubość ok. 3-4 mm. Powycinać w różne kształty, przełożyć na blachę i piec do 10 minut. Po wyciagnięciu z piekarnika i ostygnięciu, przełozyć do puszki lub słoika, szczelnie zakręcić.

Uwagi:

Można dodać plasterek świeżej pomarańczy, wtedy pierniczki szybciej zmiękną. Po dodaniu pomarańczy moje zmiękły po dwóch dniach, wcześniej były twarde jak kamienie (wcześniej spędziły dwa dni w słoiku bez pomarańczy).

Pierwszą blaszkę pierników upiekłam bez stewii, i choć ciasto wydawało się dosyć słodkie, po upieczeniu słodycz zniknęła. Do reszty ciasta dodałam płaską łyżkę stewii i reszta ciastek była wystarczająco słodka. Dlatego też w przepisie napisałam jedna czubata łyżka, powinno wystarczyć na tę ilość ciasta. Zamiast stewii można użyć większej ilości daktyli, wtedy należy kontrolować konsystencję ciasta, zapewne będzie trzeba dodać trochę więcej mąki. Ciasto było naprawdę miłe we współpracy, bardzo elastyczne, dobrze się wałkowało, wycinało i przenosiło na blaszkę.

Zamiast nasion chia można użyć siemienia lnianego, które należy zalać gorącą wodą.



I jeszcze świąteczne wpisy z zeszłego roku:
Piernik staroduński
Piernik staroduński II
Pepperkakor






wtorek, 20 listopada 2012

Wegański chleb bezglutenowy.




Przyznam się bez bicia, że ani trochę  nie znam się na sklepowych mieszankach mąk bezglutenowych. Gdy w zeszłym roku eksperymentowałam z chlebem bezglutenowym, postawiłam na własnoręcznie zmielone mąki, bo wiem co jest w środku. Zresztą do dzisiaj się tego trzymam, zmielić można przecież prawie wszystko. Jakiś czas temu w sklepie ze zdrowymi produktami zauważyłam mocno przecenioną mąkę bezglutenową i się na nią skusiłam. Przeceniona była na grosze przez to, że zbliżał się koniec daty przydatności. Była to mąką z Doves Farm, a w składzie miała ryż, tapiokę, skrobię ziemniaczaną, grykę, karob i gumę Xantham. Ten ostatni składnik jakoś przełknęłam, choć nie lubię jak mi się czegoś dosypuje do jedzenia.. I jak najbardziej nikomu nie polecam używania takich specyfików, spożywanie gumy Xantham powoduje efekty uboczne. ale czego się nie robi w ramach edukacji własnej ;)
 Upiekłam chleb z przepisu na opakowaniu, zamieniając dwa składniki na ich wegańskie odpowiedniki. I dodałam trochę więcej karobu, ale trochę późno i stąd smugi. Chleb ma bardzo ładnie pachnącą skórkę, kroi się bardzo dobrze i nie kruszy. W smaku też jest bardzo przyjemny, delikatny. Jest też ciężkawy i wilgotny, ale nie gliniasty. Pewnie mogłam mu pozwolić trochę dłużej wyrastać, ale trochę mi się śpieszyło. Następnym razem spróbuję własnoręcznie wymieszać powyższe składniki pomijając gumę, zobaczymy co z tego wyjdzie.
Przepis podaję z moimi zmianami.


Wegański chleb bezglutenowy



450g mieszanki bezglutenowej
1/2 łyżeczki soli himalajskiej
1 niepełna płaska łyżeczka drożdży instant
1 łyżeczka miodu
ok. 450ml mleka sojowego (polecam to, z austriackiej soi bez GMO)
1 łyżeczka octu jabłkowego
6 łyżek oleju np. sezamowego (miały być łyżeczki ale się rozpędziłam, można trochę zmniejszyć ilość)
2 łyżki tłuczonego/mielonego siemienia lnianego
6 łyżek wrzątku
1 łyżka karobu



Siemię lniane zalewamy wrzątkiem, mieszamy i odkładamy na kilka minut. W osobnych miskach mieszamy suche i mokre produkty, a następnie wszystko wraz z siemieniem łączymy i wyrabiamy ciasto, które będzie klejące i gęste. W miarę potrzeby dodać trochę mleka, masa powinna być gładka. Ciasto odłożyć w ciepłe miejsce na ok. 1godz. Piekarnik nagrzać do 220 stopni C. Ciasto przełożyć do wysmarowanej i wysypanej foremki, odstawić do wyrastania na ok. 1-1,5 godzinę. Włożyć do piekarnika na 15 min, a następnie zmniejszyć temperaturę do 200 stopni C. Piec jeszcze ok. 15 min lub do czasu, gdy chleb postukany od spodu (i boku) będzie wydawał głuchy odgłos.


poniedziałek, 15 października 2012

Do smarowania, wcale nie masłopodobne.


Na samym wstępie napiszę, że jest to smarowidło dla zahartowanych zjadaczy roślin. D. pokręcił nosem na odległość, a ja sama nie byłam zupełnie przekonana do połączenia składników. Jednak owo połączenia daje wspaniałe pole do popisu na poszukiwanie tego najbardziej pasującego smaku. I dlatego postanowiłam zamieścić ten przepis, głównie dla inspiracji. Pochodzi on z bloga Earthsprout, a w oryginale Elenore używa wędzonej papryki. Ja nie mam pojęcia jak ta papryka smakuje i trochę trudno mi to sobie wyobrazić. Użyłam zwykłej słodkiej papryki, może z tego powodu czegoś mi brakowało w moim smarowidle? Lub być może dodałam do niego zbyt wiele?

Smarowidło z awokado i komosy

1 duże miękkie awokado
100 ml wykiełkowanej komosy ryżowej (u mnie mix białej i brązowej)
8 suszonych pomidorów
2 łyżki wody z suszonych pomidorów
pół łyżeczki wędzonej papryki (użyłam zwykłej)
(ja dodałam również łyżeczkę soku z cytryny i ząbek czosnku)

Najpierw kiełkujemy ziarna quinoa. Zalewamy je na noc zimną wodą, rano odcedzamy i płuczemy na sitku pod bieżącą wodą. Płuczemy 2-3 razy dziennie przez 2 (ja płukałam przez 3) dni. Można przechowywać w lodówce przez dwie doby i uzywać do innych potraw.

Gdy już mamy kiełki, suszone pomidory zalewamy wrzątkiem i namaczamy by zmiękły, co najmniej przez godzinę. Następnie miąższ z awokado, pomidory z odrobiną wody i paprykę blendujemy na gładko. Dodajemy kiełki i mieszamy. Elenore twierdzi, że najlepiej spożyć w ciągu dwóch dni, mnie najbardziej smakowało pierwszego dnia.

Zkiełkowana 3-dniowa quinoa

Kiełkuj kiełka!Organizator: vegan_monkey




Organizator: vegan_monkey

czwartek, 4 października 2012

Trufle wegańskie

Na pomysł tych trufelek wpadłam przygotowując ciasto z poprzedniego przepisu. Już przed dodaniem białek i upieczeniem masa była tak pyszna, że nie mogłam się powstrzymać przed podebraniem części i uturlaniu kilku kulek. W ogóle zamiast ciasta można po prostu zrobić trufle ;)


Trufle nietradycyjne

100g migdałów
100g gorzkiej czekolady
100-150 g daktyli

Wszystkie składniki wrzucić do malaskera, lub pojedynczo rozdrobnić i połączyć. Formować w kulki, obtoczyć w ulubionych ziarnach czy posypkach np: siemię lniane, sezam, karob czy kakao. Schłodzić.
I to już wszystko, nic więcej, całe pięć minut :)

Gâteau Marcel

W grudniu zapowiadałam przepis na ten czekoladowy cud, ale w grudniu mi to nie wyszło. Grudzień w ogóle był raczej do niczego. Kończeni...