czwartek, 31 maja 2012

Sezon różany rozpoczęty!

Odwiedził mnie Franciszek, kolega z dawnych lat. Właściwie to nasza przyjaźń sięga czasów kołyski. Ja byłam rozkosznym niemowlakiem słodko śpiącym w łóżeczku czy może wózku. Franek był dwulatkiem pomagającym swojemu tacie w remoncie domu, wszędzie chodził z młotkiem. Pewnego razu zajrzał do tego wózka i zakrzyknął: Oo, dzidzia! i przyfasolił mi tym młotkiem prosto w smoczek. Chyba nie trudno sobie wyobrazić jak ja na to zareagowałam. Głośno. Piękny początek, a co. Tak czy owak, poszliśmy na plażę, ja obrywałam płatki róży, Franek zbierał kamienie... I to całkiem spore ilości kamieni, które potem zapakował w plecak i wiezie je do Polski. Bo ponoć duński krzemień jest najlepszy do wyrobu krzemiennych narzędzi, grotów, noży i młotków, oczywiście.








 Gdy Franek zbierał kamienie, ja obrywałam różane płatki. W zeszłym roku trochę przegapiłam ten czas, także teraz już od jakiegoś czasu wypatrywałam pierwszych kwitnących pąków.


Niestety mój aparat strajkuje,a zdjęcia telefoniczne nie należą do najwdzięczniejszych, ale co zrobić, jest jak jest.


Oboje wróciliśmy z plaży bardzo zadowoleni. Od razu zabrałam się za przetwarzanie płatków, zainspirował mnie Mikkel Karstad swoim różanym sosem do bzowych naleśników. Co prawda dziki bez jeszcze u mnie nie zakwitł, ale jego również wyczekuję z niecierpliwością.

Mój syrop różany

ok 70g płatków róży (odmiana Konstancin, albo może to róża cukrowa, tutaj bardzo rozrośnięta przy plażach)
800 ml wody
3/4 szklanki ekologicznego cukru trzcinowego
sok z jednej limonki
kilka plasterków świeżego imbiru

Już przy zbiorze kwiatostanów odrywałam z płatków biało-żółtawe części z nasady kielicha, ponieważ mają one gorzki smak. Do garnka z wodą wrzuciłam płatki, cukier, sok z limonki i kilka cienkich plasterków imbiru, postawiłam na wolnym ogniu, doprowadziłam tak do wrzenia i gotowałam ok pół godziny. Następnie odcedziłam kwiaty i imbir, a płyn postawiłam na większym ogniu do odparowania. Po godzinie zostało 300 ml syropu, o lekko zagęszczonej konsystencji. Płyn zlałam do wyparzonej buteleczki. Jestem bardzo zadowolona ze smaku, sok z limonki i imbir to bardzo dobre dodatki. W zeszłym roku utarłam niewielki słoiczek płatków z cukrem i jak dla mnie były trochę za mdłe w smaku, ten dodatek doje róży charakteru.

Ponieważ szkoda mi było wygotowanych płatków róży, które ciągle były pełne smaku, postanowiłam je również wykorzystać. Ciekawa połączenia różanego smaku z rabarbarem, o którym pisała Mariszka, pobiegłam już po ciemku naciąć rabarbarowych łodyg. Potem wszystko wydarzyło się 'na oko', także nie jestem w stanie podać żadnym z systemów metrycznych. Rabarbaru (bez obierania) było, tyle, że pokrył ciasno dno średniej wielkości patelnię, cukru były trzy łyżki, bo zapamiętałam. Płatki róży były z odzysku, roztarłam je trochę w moździerzu z jedną lub dwoma łyżkami cukru. Wszystko wymieszałam i postawiłam na średnim ogniu, czekając aż rabarbar zacznie się rozdrabniać, choć nie całkowicie. Przerzuciłam do wyparzonego słoiczka, wyszło tyle, co na zdjęciu. Dosłowne niebo w gębie! Kwaskowaty, różany, o pięknym kolorze, którego zdjęcie niestety nie oddaje. Polecam poeksperymentować!


A jeżeli ktoś jest z Poznania i nie ma planów na wieczór, proponuję prezentację o kobietach w społeczeństwach muzułmańskich, o której pisałam tutaj.



3 komentarze:

  1. Franek już jest u nas, dalej nosi kamienie, pomaga Daniell przy ścieżce.
    Pozdrowienia z zimnej Bystrzycy.

    OdpowiedzUsuń
  2. http://kurazdoktoratem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń