wtorek, 5 maja 2015

Historie kuchenne

Dzisiejszy bohater - smażony dorsz z masłem czosnaczkowym, grillowanymi szparagami, radicchio, kwiatami czosnaczka i pędami groszku

Ostatnimi czasu blog zarósł chwastami, i to niekoniecznie tymi na talerzu. Wydawać by się mogło, że zarzuciłam gotowanie i tylko po łąkach chodzę. To po części prawda, bo kiedy tylko mogę, to wybywam w trawy. I zdecydowanie mniej gotuję w domu, to również by się zgadzało. Prawda jest taka, że kulinarnie wyżywam się w pracy, pięć dni w tygodniu, od 7:00 do 14:30. A po przyjściu do domu już nie muszę gotować, zresztą przeważnie jestem tak padnięta, że po prostu nie mam na gotowanie ochoty, nie samą kuchnią człowiek przecież żyje ;) Jako jedyna w naszej kuchni nie posiadam iphona i nie wrzucam codziennych fotek na instagrama. Ostatnio jednak zaczęłam częściej brać aparat do pracy, i od czasu do czasu wrzucam coś na fp.



A jak mi idzie mój kuchenny trening? Tak szczerze, to ostatnio fruwam :) W ciągu ostatniego półtora roku nie rzadko było tak, że najchętniej rzuciłabym garami o podłogę i do kuchni nigdy nie wróciła. Nie jestem materiałem na szefa kuchni, nigdy nie chciałam być, założenia od początku miałam inne (stąd szkolę się na asystenta odżywiania, a nie kucharza). Ale prawda jest taka, że praktyki w najlepszej duńskiej stołówce to nie przelewki ;) Mam szansę uczyć się od naprawdę wybitnych kucharzy, co bardzo sobie cenię. Czasem trzeba zagryźć zęby i iść do przodu. No i nauczyć się, że kucharze mają specyficzny sposób bycia i poczucie humoru. Historii mogłabym przytaczać mnóstwo, ale się powstrzymam ;) Powiem tylko, że ostatnio przeżyłam lekki wstrząs, gdy wybitny kucharz ą i ę, który z nami pracował i za codzienną rozrywkę upodobał sobie wdeptywanie Oli w podłogę, na odchodnym powiedział, że będą ze mnie ludzie... Rzucił mi wiązanką komplementów, na które zupełnie nie byłam przygotowana i  które zupełnie zbiły mnie z tropu. Byłam pewna, że uważa mnie za przypadek beznadziejny i ogólnie był koszmarem moich dni i nocy, wiele łez przez niego wylałam (wiem, wiem - nie warto, ale ja wrażliwa jestem ;) ). Wtedy też się poryczałam, ale ze wzruszenia. Tęsknić za nim nie będę, ale zdaję sobie sprawę z tego, ile się od niego nauczyłam. 
Za to ostatnio trenuję nowego kucharza, który przyszedł na jego miejsce. Okazuje się, że 5 lat doświadczenia (w tym półroczny staż w Nomie i np. bycie sous chefem w docenianej restauracji) wcale nadkucharza z ciebie nie robią. Nastawiałam się na wiele, ale że tak brzydko powiem - d... nie urywa... No ale przynajmniej sama mam okazję upewnić się w tym, czego już się nauczyłam :)

Został mi niecały rok treningu, jeszcze zbyt wiele muszę się nauczyć i naprawdę chcę to wykorzystać. Sekcję sałatkową opanowałam do perfekcji, już dawno. Ale jeszcze do niedawna oblewały mnie zimne poty na samą myśl o tym, że miałabym samodzielnie zająć się zimną partią (cztery małe dania typu przystawki). A wczoraj sama zaproponowałam szefowi, że pod nieobecność kolegi mogę zająć się daniem głównym. Chyba miał jakieś wątpliwości, wiedział, że w razie W nie będzie mógł mi przyjść z odsieczą, bo będzie pomagał temu nowemu na zimnych. Ale jednak się zgodził, nawet przystał na moje zmiany w menu ;)
Także dzisiaj zadebiutowałam jako zupełnie niezależny kucharz dania ciepłego, wiadomo - tego najważniejszego ;) Wiem, że takie przechwałki mogą się wydawać trochę mało skromne, ale przecież muszę się z tym kimś podzielić - a najlepiej z czytelnikami bloga kulinarnego ;)
Wcale się nie stresowałam, wszystko miałam pod kontrolą i wyrobiłam się perfekcyjnie w czasie, a jedzenia nie zabrakło. Uśmiech nie schodził mi z ust, bo nagle taka kuchennie dorosła się poczułam, mogę wszystko i te sprawy ;)

Z tej okazji będą dzisiaj zdjęcia z pracy. Od razu uprzedzam niewtajemniczonych - choć ten blog jest zdecydowanie  roślinny, ja sama jestem wszystkożerna, a w pracy gotujemy ze wszystkich składników, również zwierzęcych, stąd i zdjęcia nie będą wegetariańskie :)


Drobiowe terrine z czosnaczkiem, gorczycą i cukinią

Wędzony halibut, fasolka szparagowa i bluszczyk kurdybanek

Kacze serce, chutney z rabarbaru i kwiaty klonu

Chłodnik z sokiem z groszku i ostrygami

Łódki ;)

Przekąska na ważne spotkania

Chipsy słodowe


Soliród marynowany

Projekt słoiki

Ul na dachu

Stołówka z lotu ptaka


A żeby nie było, że w domu już zupełnie nic nie jem ;)











9 komentarzy:

  1. Uczta dla mych oczu

    OdpowiedzUsuń
  2. Stołówka mówisz?... No, niezła ta Twoja stołówka. Pracowałam niegdyś w kuchni - teoretycznie jako kucharz-manager. Była to najcięższa praca, jaka mi się trafiła w życiu. Pewnie nie do końca rozumiem, o czym mówisz, bo ta Twoja stołówka to za wysokie progi na moje nogi, ale doceniam i podziwiam. Gratulacje Olu! :)
    A wrzucanie takich zdjęć na blog i puszczanie info na fb nocą powinno być karalne. :P Dani

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. za karę zaspałam następnego dnia do pracy ;)
      dziękuję!

      Usuń
  3. piękne dania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję, staram się jak mogę :)

      Usuń
  4. Cudownie! Podziwiam i gratuluję :)
    Gdzie Ty właściwie pracujesz...?
    Ja nie mogłabym być kucharzem - po pierwsze nie za bardzo lubię się bawić z mięsem, po drugie ta presja... Cukiernik/piekarz ma dobrze, idzie sobie o świcie do pracy, robi, co trzeba i idzie do domu... Zero stresu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w stolowce w duzej firmie adwokackiej :)

      Usuń
    2. No proszę, nic, tylko zostać w Danii adwokatem, skoro tak dobrze karmią :)

      Usuń