wtorek, 20 grudnia 2011

Ciasteczka dużo więcej niż owsiane



W zasadzie to nie planowałam piec nic innego niż pierniki, ale biedny D. poprosił o coś, co i on lubi, czyli owsiane ciasteczka z czekoladą. A że akurat kuzynka  wzdychała do takowych wówczas, zainspirowałam się więc przepisem Marty z What should I eat for breakfast today, bardzo inspirującego zbioru przepisów nie tylko śniadaniowych. Przede wszystkim zmniejszyłam proporcje do połowy i zrezygnowałam z rodzynek, D. za nimi nie przepada.

1,5 szklanki płatków owsianych
pół szklanki wiórków kokosowych
1 posiekana gorzka czekolada
garść posiekanych orzechów włoskich
garść posiekanych orzechów laskowych
posiekana kandyzowana skórka z ćwiartki pomarańczy
pół szklanki mąki
pół łyżeczki sody
pół szklanki syropu daktylowego/miodu
pół szklanki roztopionego masła
łyżeczka cukru waniliowego (nie wanilinowego)
pół łyżeczki cynamonu (ewentualnie)

Masło połącz z miodem, a pozostałe składniki ze sobą, wymieszaj. Ciasto można włożyć do lodówki na min. 30 min. Formuj małe kulki, spłaszcz je lekko, i wypełnij nimi blaszkę pamiętając o odstępach. Albo piecz w muffinkowych papilotkach, jeżeli tak jak ja masz bardzo mały piekarnik i tylko jedną blaszkę. Piekarnik nagrzej do 175 stopni, piecz 10-12 min. 
Polecam, są naprawdę fajne!



Piernik staroduński cz.II




Minęły dwa tygodnie, jutro wyjeżdżamy na święta, więc czas był najwyższy by upiec duńskie ciasto miodowe. Podzieliłam ciasto na dwie równe części, jedną z nich odniosłam do chłodnego pomieszczenia, drugą trochę podgrzałam, bo ciasto bardzo stężało. Dodałam resztę składników, uzupełniając przepis o kandyzowanę skórkę pomarańczy, nie za duży kawałek, po prostu nie mogłam się jej oprzeć. Mieszankę piernikową własnoręcznie zmieliłam, głównie z przypraw bez chemii*, zawarłam w niej po mniej więcej łyżeczce i kawałku:

cynamonu
imbiru suszonego
goździków
pieprzu
czerwonego pieprzu                                                
białego pieprzu
ziela angielskiego
kardamonu
suszonej skórki pomarańczy
anyżu gwiazdkowego
ziaren anyżu
ziaren kopru włoskiego

i chyba o niczym nie zapomniałam... Podawanie proporcji w tej sytuacji nie zdaje się na nic, poza tym, że wiadomo: trochę mniej pieprzu i ziela angielskiego, ewentualnie anyżo-podobnych substancji, trochę więcej cynamonu i goździków, jak kto lubi. A ja lubię namielić przyprawy piernikowej, a po niej porcję kawy, która potem smakuje bardzo aromatycznie, na przykład pomarańczowo, jak dziś rano.
 Teraz całe mieszkanie pachnie piernie, ciasto stygnie i czeka na jutrzejszą podróż. 



* polecam przyprawy bez środków konserwujących Dary Natury i Dr Kaldysz, które jak zauważyłam, są coraz częściej dostępne na sklepowych półkach, pozostałe albo zawierają różne E, albo nie mają wypisanego składu, co dla mnie jest jednoznaczne z dodatkiem magicznych substancji chemicznych. Może się mylę, obym się myliła. I jeszcze zauważyłam, że przyprawy bez dodatków wcale niekoniecznie wychodzą dużo drożej od tych z dodatkami, cenę może i mają wyższą, ale również opakowania są kilka razy większe. To tak z serii porad praktycznych :)

sobota, 17 grudnia 2011

cosmic love

Za oknem sztormowo. Fale biją pianę, a Szwecja zapaliła pomarańczowe światła. Piosenka dnia jest jedna. Ale za to kilka obrazków z nie aż tak dalekiej przeszłości.










czwartek, 15 grudnia 2011

I jeszcze trochę Camilli.


Właśnie za to lubię i szanuję Camillę Plum.

Pepperkakor czyli pieprzne pierniki.






Po pierwsze, to w poprzednim wpisie pomyłkowo napisałam, że chleb śliwkowy z gorgonzolą to delicje. Znaczy się to prawda, ale dokonałam odkrycia, że chleb śliwkowy z kozim camembertem mojej Mamy jest sto razy lepszy. I wcale nie przesadzam, to fakt!

Po drugie, pierników część dalszy. Poszukuję tych doskonałych. Szwedzkie pepperkakor o doskonałość bardzo blisko się ocierają! Przejrzałam kilka-kilkanaście przepisów znalezionych w Internecie, ale wszystkie wydają się pomijać jeden esencjonalny jakby składnik tych ciasteczek - pieprz. A pepperkakor to w bardzo wolnym tłumaczeniu pieprzne ciasteczka właśnie. I tym razem zacytuję Camillę Plum z mojej ulubionej ostatnio książki "The Scandinavian Kitchen''.


Pepperkakor
(na duuuużo ciastek)

250g solonego masła (lub zwykłego, ze szczyptą soli)
500g cukru
200 ml śmietany kremówki
200 ml Golden Syrup
2 łyżki proszku do pieczenia
4 łyżki suszonego imbiru
4 łyżki cynamonu
4 łyżki ciemnego kakao
4 łyżki zmielonego kardamonu
2 łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu
ok. 1 kg mąki pszennej

Miękkie masło zmiksuj z cukrem (wg mnie najlepiej pudrem). Wmieszaj śmietanę a następnie resztę składników, poza mąką. Dodawaj mąkę stopniowo, dopóki ciasto przestanie się kleić. Wyrób porządnie i odstaw do lodówki  na odpoczynek na noc, lub na dzień, jak kto woli. Po owym czasie nagrzej piekarnik do 180 stopni, rozwałkuj ciasto bardzo cienko (ok. 2mm) i wycinaj kształty foremkami. Jeżeli planujesz powiesić pierniki na choince, pamiętaj o otworach. Piec do złotego koloru.  Po wystygnięciu można ozdabiać lukrem. Ja póki co nie mam białego cukru, także się wstrzymam, bo z trzcinowego wyjdzie raczej bury, a z fruktozy ponoć się nie ścina.
 Ja upiekłam z połowy podanej ilości, dodałam syropu daktylowego zamiast Golden Syrup, dlatego nie wyszły złote, a ciemniejsze :) Można też dodać startej suszonej skórki pomarańczowej, czemu nie. A w smaku są naprawdę niesamowite, mocno kardamonowe i bardzo pierne, pieprzne właśnie. Jeżeli ktoś obawia się ostrości pieprzu, można zmniejszyć ilość, ale zdecydowanie dodać. 


A typowymi świątecznymi kształtami na skandynawskie pierniki, poza sercami, choinkami, dzwonkami i gwiazdami, są gruba baba i gruby facet, świąteczny elf Nisse (Tomte w Szwecji), renifery oraz świąteczne świnie i świąteczne kozy. Ponoć w dawniejszych czasach koza była symbolem samego diabła, ze względu na swoje rogi. O diabelskich oczach Camilla nic nie wspomina.


wtorek, 13 grudnia 2011

Chlebem i winem.

Za oknem szaro. Od porannego odcienia szarości do tego popołudniowego brudnego, wpadającego w ciemność. Muszę uważać, żeby nie przespać całego dnia i nie obudzić się w ciemnościach... W związku z deficytem światła trudno o jakieś ciekawe zdjęcia, stąd foty wielce modyfikowane. Także fotografem kulinarnym nie będę (na szczęście nie mam takich ambicji), ale za to chleb  piekę wyśmienity, szczególnie taki z dobrego przepisu :) Najbardziej lubię chleb z dodatkiem suszonych śliwek. Szczególnie tych własnoręcznie z drzewa strząchniętych a potem wysuszonych przy piecu. I szczególnie taki chleb posmarowany gorgonzolą, delicje. Okazało się, że suszony zakwas spisuje się na medal, bardzo szybko odżył i pięknie bąbelkuje. Po przepis po raz kolejny odsyłam do Trufli, naprawdę warto.

Było o chlebie, to teraz będzie o winie. O grzanym winie dokładnie, po skandynawsku. Camilla Plum radzi użyć przypraw w całości, ewentualnie w kawałkach, raczej niż tych sproszkowanych. Po pierwsze mają więcej smaku, a po drugie, syrop z nich będzie bardziej klarowny.

Gløgg
(na ok. 10 porcji)
wg przepisu Camilli Plum z książki 'The Scandinavian Kitchen'

1 łyżka goździków
2 laski cynamonu
1 łyżka ziela angielskiego
1/2 łyżeczki ziaren pieprzu
skóra starta z jednej pomarańczy
400 ml shnappsa (opcjonalnie)
2 butelki czerwonego wina
400 ml porto
150 g cukru
100 g rodzynek
100 g siekanych migdałów

 Są dwa sposoby na przygotowanie syropu do grzanego wina. Przyprawy można albo zalać shnappsem i odstawić na dwa tygodnie, potem przecedzić i dodać do wina, albo gotować na wodzie do czasu, aż ilość wody zredukuje się do połowy i przecedzić. Wino z dodatkiem porto podgrzać ale nie gotować, dodać cukier i przyprawy, na samym końcu shnapps. Rodzynki i migdały wsypać do kubków/szklanek, zalać winem i serwować. Rodzynki można ewentualnie wcześniej namoczyć w owym shnappsie.
Ja oczywiście ominęłam shnapps i porto, a zamiast nich dodałam sok i miąższ z pomarańczy, to to co sobie pływa w kubku. A co.  I zamiast cukru dodałam syropu z agawy, ale cukier trzcinowy też by się sprawdził. Czerwone wino z Winnicy Jaspis, dobry produkt regionalny. Szczególnie zapraszam do zajrzenia do zakładki, Ekomuzeum, spostrzegawcze oko zauważy tam coś ciekawego :)

Gløgg najczęściej popija się w okolicy świąt Bożego Narodzenia (Jul), w towarzystwie æbleskiver (mini pączków bez nadzienia) posypanych cukrem pudrem i maczanych w marmoladzie truskawkowej.



Nieznana kuchnia świataOrganizator: Aniko

czwartek, 8 grudnia 2011

Co ma piernik do wiatraka, czyli staroduńskie ciasto miodowe.



 No to i ja zaczęłam produkcję pierników! Bo mam jakiś niedosyt z dzieciństwa chyba, z tego co pamiętam, to tylko raz je piekłyśmy z Mamą. Chociaż... Właśnie wyświetlił mi się w głowie obrazek dużych, lukrowanych serc piernikowych, które były prezentami dla dziadków. Muszę zbadać ten wątek i udać się do źródeł... Mamo?
 Na początek poszły katarzynki. Głównie dlatego, że nie potrzeba do nich masła, którego wczoraj rano nie miałam. Przepis znalazłam na blogu Moje Wypieki, zainteresowanych tam odsyłam. Wyszły cudownie... twarde! Dosłownie jak kamienie, ale to dobrze, teraz będą mięknąć  przez następne dwa tygodnie.



Dzisiaj na ruszt poszedł piernik, ale nie staropolski, tylko staroduński, jak pozwolę go sobie nazwać. Tajemnicą wyjątkowego smaku obu pierników jest długa fermentacja ciasta przed pieczeniem. Jest jednak zasadnicza różnica między nimi.  Na piernik staropolski wyrabia się ciasto od razu, ze wszystkich jego składników i tak odstawia się na kilka tygodni (zwykle 5-6) w chłodne miejsce. Natomiast na duńskie ciasto miodowe najpierw wyrabia się ciasto z miodu, cukru, wody i mąki, zostawia się je do fermentacji na kilka tygodni (lub nawet miesięcy) i dopiero przed samym pieczeniem dodaje się jajka i resztę składników. Co prawda nigdy nie robiłam piernika staropolskiego, podobno jest niezawodny i doskonały, choć z tego co czytałam, to niektórzy nie mają zaufania do przepisu, w którym zostawia się ciasto na jajkach na kilka tygodni fermentacji. Sama na pewno kiedyś go wypróbuję, ale dzisiaj zdecydowałam się na piernik staroduński z tego prostego powodu, że przepis na niego znajduje się w książce mojej ulubionej duńskiej kucharki, Camilli Plum 'The Scandinavian Kitchen'.  Camilla jest genialna, bo poza byciem kucharką tzw. celebrytką, jest również rolniczką ekologiczną :) Jakoś nie mieliśmy okazji odwiedzić jej gospodarstwa, w którym co sobota otwarta jest kafejka i sklep z ich produktami  całe 20 km stąd... Ale już niedługo!



Wracając do piernika... Camilla pisze, że ciasta miodowe mają bardzo długą tradycję, dłuższą niż ja się na przykład spodziewałam. Ich prototypy wypiekano już w starożytnym Egipcie, a do dzisiaj piecze się je w krajach nordyckich i bałtyckich, jak również w Niemczech, Polsce i Rosji. Również przyprawy do piernika różnią się nieco w zależności od lokalizacji, ale przeważnie z cynamonem, goździkami, zielem angielskim, imbirem i skórką cytrusową wszyscy się zgadzają. Dodatkowo w Polsce i Niemczech dodaje się anyżu. Tutaj się trochę zdziwiłam, bo anyż nie wydaje mi się typową polską przyprawą, nie pamiętam, żeby któraś babcia go używała. Ale sięgnęłam do źródła i w przedwojennym przepisie na piernik nie tylko był anyż, ale również lawenda. Czyli wracamy do korzeni :)

Ale już więcej nie marudzę, tylko podaje przepis za Camillą Plum.


Składniki (na jedno duże lub dwa mniejsze ciasta)

500g miodu
500g cukru trzcinowego muscovado
300ml wody
1 kg mąki pszennej lub 50% przesianej mąki żytniej i 50% mąki pszennej (białej)


*********************

2 jajka
2 łyżeczki sody
2 łyżeczki mielonego imbiru
2 łyżeczki cynamonu
2 łyżeczki startej suchej skórki pomarańczy sewilskiej
2 łyżeczki startego ziela angielskiego
2 łyżeczki startej świeżej skórki pomarańczy 
250g rodzynek lub porzeczek (suszonych)

Miód stopić razem z cukrem i wodą, odstawić do schłodzenia. Następnie wmieszać mąkę. Naczynie przykryć folią i odstawić w chłodne miejsce.
No i teraz są dwie opcje: albo zostawić ciasto do fermentacji, albo od razu dodać resztę składników i piec. Jeżeli chcemy jednak, żeby ciasto dobrze przefermentowało, odstawiamy je na tydzień, dwa, lub też na ile mamy ochotę (można nawet kilka miesięcy). Przed pieczeniem rozgrzewamy piekarnik do 150 stopni. Do ciasta dodajemy pozostałe składniki i mieszamy, następnie wylewamy na jedną dużą blaszkę lub dwie tortownice. Pieczemy przez około 40 min. Czas pieczenia zależy od gęstości ciasta, piekarnika i innych nieprzewidywalnych czynników, dlatego najlepiej po 30 min sprawdzić drewnianym patyczkiem, czy coś przywiera. Jeśli nie, to ciasto jest gotowe. Trzeba uważać, żeby za bardzo ciasta nie przypiec, lepsze jest to mniej wypieczone, niż to za bardzo. Ostudzić i zawinąć w kuchenną ścierkę lub ręcznik. Takie ciasto może trzymać świeżość nawet do sześciu miesięcy.

Ja postanowiłam, że połowę swojego ciasta upiekę przed wyjazdem na święta do Niemiec, a resztę zostawię na później, żeby jeszcze sobie dojrzało. Jeszcze dodam, że najlepiej użyć wysokiej jakości naturalnego miodu, od pszczół, które nie były dokarmiane cukrem, czyli miodu od Marcina, który również prowadzi genialny pensjonat W Cieniu Słońca, prawie po sąsiedzku (z Bystrzycą, nie ze mną tutaj oczywiście ;) To tyle reklamy lokalnych ciekawostek.

A piernik do wiatraka ma się tak, że piernik jest duński, a Dania jest bardzo pro-wiatrakowa ;)

(Tutaj można zobaczyć gotowy wypiek)

Nieznana kuchnia świataOrganizator: Aniko

środa, 7 grudnia 2011

Z mądrości chińskich. Mama i ja.

Ostatnio kupuję sporo książek, chyba nawet trochę zbyt wiele, bo nie mam czasu ich czytać. Zostaną na długie, zimowe wieczory. Ale jedną z tych książek chciałabym się podzielić już teraz, chciałam zresztą wcześniej, ale mi to umykało. Od niedawna zaczęłam czytać na temat dietetyki w Tradycyjnej Medycynie Chińskiej, czyli tak zwanej Kuchni Pięciu Przemian. Temat jest to obszerny i nie będę się tu teraz rozpisywać bo nie jestem na tyle kompetentna, a dla tych, którzy nie wiedzą na ten temat wiele (tak jak i ja do niedawna), polecam poszperać, a szczególnie tutaj, dla mnie wszystko zaczęło się od Trufli :)
Wracając do tematu. Jeszcze bardziej od niedawna zaczął mnie interesować temat macierzyństwa, szczególnie odpowiedzialnego macierzyństwa. Bo jak mi kiedyś do tego przyjdzie, to chciałabym to zrobić z głową. No i zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką rolę odgrywa odżywianie matki w czasie ciąży i jak wielkie może ono mieć wpływ na dziecko. Co więcej, okazuje się, że nie rozchodzi się jedynie o dietę kobiety ciężarnej, ale o cały sposób odżywiania i styl życia rodziców jeszcze przed poczęciem. Dlatego zaczęłam szukać czegoś, gdzie znalazłabym więcej o tych wszystkich zależnościach. No i znalazłam wszystko wytłumaczone w książce Barbabry Temelie i Beatrice Trebuth 'Odżywianie według Pięciu Przemian dla Matki Dziecka'. Dlatego chciałabym polecić książkę wszystkim Mamom i przyszłym Mamom, Tatom zresztą też.

 Korzystając z owej książki chciałabym przytoczyć kilka, według mnie, ciekawych uwag dotyczących żywienia dzieci najmniejszych. I chyba będą one trochę zaskakujące, dla niektórych może nawet szokujące. Ale według mnie dobrze jest od czasu do czasu przeżyć taki szok świato-oglądowy, przekonać się, że niektóre od dzieciństwa wpajane nam (w dobrej zresztą wierze) nawyki, może jednak niezupełnie wyszły nam na zdrowie. Dzięki temu będziemy mogli zrobić więcej dla własnych dzieci. A dzieci są ważne ;)
  Dużo mam się zastanawia, czym najlepiej karmić swoje pociechy, gdy odstawi się je od piersi. Okazuje się, że zaledwie kilka wysokowartościowych energetycznie warzyw i zbóż (marchew,dynia, słodkie ziemniaki, koper włoski, szpinak, kalarepa, buraki czerwone, kalafior, ryż, kasza jaglana), wystarczy, by zapewnić dziecku wszystko, czego potrzebuje do trzeciego roku życia. Dzieci w tym wieku nie potrzebują do prawidłowego rozwoju mięsa ani jajek, które zawierają zbyt dużo białka, które sztucznie przyśpieszają wzrost dzieci. Poza tym można by również zrezygnować z soków owocowych, szczególnie tych zawierających cukier. Dzieci bardzo szybko uzależniają się od cukru i potem nie smakuje im już woda czy też niesłodzona herbata. No i co równie ważne:
"Przemysłowa obróbka zmienia strukturę krystaliczną surowego cukru, sprawiając, że wszystkie substancje towarzyszące są usuwane jako odpady. Ale to właśnie te substancje towarzyszące zawierają wszystkie witaminy i minerały, które czynią surowy cukier tak wartościowym pokarmem. Przy spożyciu białego cukru organizm jest zmuszony czerpać ze swoich własnych rezerw witaminy i sole mineralne, by go strawić. W ten sposób jedzenia białego cukru prowadzi do niedoboru witamin i substancji mineralnych, co przejawia się wczesnym pojawieniem się próchnicy zębów. Uzależnienie od cukru u dzieci objawia się najpierw niepokojem, potem zaś osłabieniem koncentracji i spadkiem wytrzymałości."
 Równie istotne jest to, że dziecko w pierwszym roku życia nie potrzebuje ani soli, ani żadnych przypraw. Sól jest obciążeniem dla nerek i prowadzi do ich obstrukcji.
 Kolejną ważną sprawą, którą chciałabym tutaj poruszyć, jest to, czym nie należy dziecka karmić, by nie osłabić jego odporności. I tutaj chyba znowu przytoczę cały fragment książki. Dla jasności dodam tylko, że Tradycyjna Medycyna Chińska dzieli pokarmy m.in. na ciepłe i zimne, które działają ogrzewająco i wychładzająco na organizm.
 "Jeśli dziecko zjadło lub wypiło za dużo produktów zimnych, łatwo może dojść do przeziębienia, kataru, kaszlu lub biegunki. (...) zimne pokarmy osłabiają śledzionę, a zarazem odporność. Zadaniem śledziony jest oddzielanie 'tego co przejrzyste', czyli wartościowe w pokarmie, od 'tego co mętne', czyli bezwartościowe. To, co przejrzyste, zostaje wprowadzone do obiegu energetycznego w postaci czystego czi (czyli energii, przyp. ja) natomiast to, co mętne, zostaje wydalane jako mocz i fekalia.  Przy osłabieniu śledziony to, co mętne i to, co przejrzyste nie zostaje rozdzielone w wystarczającym stopniu, w związku z tym to, co mętne, gromadzi się w postaci tzw. śluzu. Śluz (...) stanowi przyczynę kataru, chronicznego przeziębienia, zapalenia ucha środkowego itd.
  Produkty mleczne, takie jak mleko, jogurt, ser itd., są główną przyczyną powstawania śluzu, zwłaszcza wtedy, gdy towarzyszą im wychładzające owoce, takie jak banany. Typowy posiłek dla dziecka - jogurt lub twarożek z bananem - jest najgorszym pożywieniem, jakie można mu podać. (...)
Mętne składniki pożywienia, które nie zostają wydalone w przypadku osłabienia śledziony, gromadzą się w przewodzie pokarmowym, wytwarzając śluz.  W połączeniu z ciepłem ciała, prowadzi to do tak zwanego ' wilgotnego gorąca' lub 'wznoszącej się gorącej wilgotności'. Zjawisko to przejawia się u dziecka ropnym zapaleniem ucha środkowego, gorączką, kolkami jelitowymi, wysypkami skórnymi, chronicznym katarem, zapaleniem oskrzeli, kaszlem, lub zaropiałymi oczami. Wszystkie te choroby są dzisiaj 'skutkami ubocznymi' zalecanego przez zachodnich dietetyków sposobu karmienia dzieci.  W Chinach nie ma prawie żadnych produktów mlecznych, a matki dobrze wiedzą, że surowa żywność i owoce wychładzają organizm. Dlatego chińscy pediatrzy znają zapalenie ucha środkowego jedynie z podręczników. "


I teraz trochę w innym temacie, ale równie ciekawie:
 "To samo dotyczy zresztą osteoporozy - odwapnienia kości - która w uprzemysłowionych krajach zachodnich nasila się w zastraszającym tempie, zwłaszcza u kobiet po menopauzie. Dzieje się tak, mimo iż większość kobiet za poradą lekarzy i dietetyków jadło duże ilości produktów mlecznych, podobno po to, by zapobiec tej chorobie. W Chinach, gdzie do niedawna prawie w ogóle nie było produktów mlecznych, przypadki osteoporozy należały do rzadkości. Również niektórzy zachodni badacze odkryli ostatnio, że produkty mleczne, mimo iż zawierają bardzo dużo wapnia niezbędnego do budowy kości, upośledzają proces odkładania się tego pierwiastka w kościach.


  Inne podawane małym dzieciom w dużych ilościach produkty, które mają wychładzający wpływ na śledzionę i wywołują wyżej wymienione dolegliwości, to: cukier, słodycze ( z zawartością cukru), lody, wszystkie napoje schłodzone, soki owocowe i owoce południowe, takie jak kiwi, mandarynki, mango i pomarańcze."


Tak, tak, ja też jadałam pomarańcze na przeziębienie, bo ma dużo witaminy C, wiadomo. No ale okazuje się, że dzika róża zza płota czy też z rowu (byle nie tego przy szosie;) ma jej dużo więcej. A cytrusy rosną w ciepłych krajach nie bez powodu - ochładzają organizm, gdy z nieba leje się żar. Nie mówię, że teraz trzeba się ich wystrzegać za wszelką cenę, ale jak dla mnie, to teraz i tak smakują gorzej, a poza tym dobre jabłko jest dużo lepsze.
I jeszcze jedno, zapomniałabym o alternatywach dla cukru białego. Niestety w Polsce wszystko musi być uwstecznione i brązowy cukier trzcinowy sprowadzany z Niemiec musi być dużo droższy niż ten w Niemczech czy nawet Danii. Mam nadzieję, że to się zmieni w naszym kraju, że produkty zdrowe i ekologiczne przestaną być produktami dla elit, trudno dostępnymi. Każdemu należy się wybór, a im więcej ludzi będzie wybierało zdrowie i domagało się zdrowych produktów, tym szybciej to nastąpi. Wracając do tematu: fruktoza (na którą natknęłam się ostatnio w delikatesach w Jeleniej, ale jeszcze nie miałam okazji użyć), syrop i nektar z agawy (bardzo smaczne:), melasa, syrop z buraków (ostatnio widziałam w Lidlu za parę złotych), syrop z daktyli no i miód (aczkolwiek lepiej go nie podgrzewać powyżej 50 stopni, ponieważ traci swoje lecznicze właściwości).
To by było na tyle mądrości chińskich na dziś. Wcale nie Made in China.

PS. I jeszcze sprawdzony środek w przypadku rozpoczynającego się przeziębienia i kataru: 


1/2 łyżeczki korzenia lukrecji 
 plasterek świeżego imbiru 
gotować przez 20 minut w 1/2 litra wody.


No i pić do oporu :)
-------------------------
Fragmenty pochodzą z książki "Odżywianie według Pięciu Przemian dla matki i dziecka" autorstwa Barbary Temelie i Beatrice Trebuth
Wydawnictwo Czerwony Słoń, Gdańsk 2003

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Chyba zima


 No to w końcu wróciłam na Nordre Strandvej. Zajęło to trochę dłużej, niż przypuszczałam, ale w końcu jestem, z powrotem w swoim życiu. Dania przywitała mnie wichrem, takim sztormowym, którego zwykle nie lubię, a który tym razem wywołał na na mojej owiewanej twarzy uśmiech. I te ogromne bałwany na morzu i zapach rozkładających się glonów, istna poezja :) A dzisiaj rano przywitał mnie śnieg. Tak leciutko, delikatnie spadł na chwilę, by zaraz stopnieć, chyba by przypomnieć, że zbliża się wielkimi krokami... Właśnie wyciągnęłam z pudełeczka zakwas zapasowy, maminy, suszony rok temu. Ten mój bardzo zachorował przed samym wyjazdem, nie dało się go uratować. Suszone kawałki roztarłam w moździerzu, podlałam i podkarmiłam. Przyłożyłam ucho i było słychać delikatne trzaskanie, jakby budził się ze snu. Także jestem dobrej myśli. Opatuliłam go i odstawiłam na kaloryfer, niech się grzeje. A jutro w planie pierniki, jestem strasznie podekscytowana!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...